Wiadomości

stat

Redaktorzy Trojmiasto.pl podsumowali tegoroczny Festiwal Filmowy

Film "Body/Ciało" od początku był faworytem 40. Festiwalu Filmowego. Na zdjęciu: reżyserka Małgorzata Szumowska i aktorka Maja Ostaszewska.
Film "Body/Ciało" od początku był faworytem 40. Festiwalu Filmowego. Na zdjęciu: reżyserka Małgorzata Szumowska i aktorka Maja Ostaszewska. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl

40. Festiwal Filmowy w Gdyni dobiegł końca. Z tej okazji redaktorzy Trojmiasto.pl przygotowali podsumowanie tegorocznej edycji. Co nas urzekło, a co rozczarowało? Nie we wszystkim się zgadzamy.



Łukasz Rudziński, serwis Kultura

Jak oceniasz kondycję polskiego kina?

jest coraz lepiej, nie mam zastrzeżeń 25%
widzę głównie plusy, choć nie wszystko mi się podoba 40%
obserwuję jej wyraźny spadek 16%
w ogóle nie oglądam polskiego kina 19%
zakończona Łącznie głosów: 136
Wyjątkowo obszerny Konkurs Główny od początku budził obawy o celowość takiego działania, podważającego prestiż nominacji konkursowych. 18 pokazywanych filmów, podobnie jak kolejna szóstka zamknięta w sekcji Inne Spojrzenie przekonuje, że obawy te były w pełni uzasadnione. W Konkursie znalazło się kilka propozycji ("Hiszpanka", "Córki dancingu", "Noc Walpurgi"), które estetycznie śmiało umieścić można było w sekcji uzupełniającej Konkurs Główny - Inne Spojrzenie, stanowiącej w praktyce worek na filmy niemainstreamowe (najciekawszym z nich był według mnie "Performer", choć i "Czarodziejska Góra" zasługuje na uznanie, szkoda, że jury doceniło zamiast nich tylko przyzwoity dyplom łódzkiej filmówki "Śpiewający obrusik"). Całkowitym kuriozum jest umieszczenie w Konkursie bardzo przeciętnego szwedzkiego filmu "Intruz" (współfinansowanego przez Polski Instytut Szutki Filmowej). Jego obecność wraz z zupełnie nieudaną megaprodukcją "Hiszpanka" sugeruje, że w selekcję Konkusu Głównego miesza się polityka, co jest zjawiskiem bardzo niepokojącym.

Najdojrzalsze kino zaprezentowała Małgorzata Szumowska, której "Body/Ciało" było w moim odczuciu najlepszym filmem tegorocznego festiwalu. Największe (pozytywne!) zaskoczenie to bardzo ciekawi "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy", na drugim biegunie zaś obraz "11 minut" Jerzego Skolimowskiego, który niepotrzebnie uległ modzie na filmy efekciarskie, pozbawione scenariusza, które okazały się zdecydowanie najliczniej reprezentowaną grupą. Mamy świetnych aktorów, zdolnych reżyserów, bardzo dobrych operatorów kamer, brakuje przede wszystkim scenariuszy, które nie urągałyby inteligencji widzów i nie pachniały gigantyczną grafomanią, maskowaną efektami specjalnymi lub talentami wykonawców. "Chemia", "Moje córki, krowy", "Żyć nie umierać" "Anatomia zła" czy wspomniane "11 minut" to przykłady filmów, które na brakach w scenariuszu straciły najwięcej. Właściwie jedynie "Body/Ciało", "Obce niebo" i chyba najciekawsze w tej materii "Panie Dulskie" to filmy, gdzie ten element nie szwankuje.

Cieszy coraz większe zróżnicowanie formalne i poszukiwania polskich twórców.
Zmasakrowanej baśni Andersena "Mała syrenka" w filmie "Córki dancingu" nie sposób odmówić oryginalności, wielkich pokładów ironii i nie pochwalić za próbę przywrócenia rodzimej kinematografii musicalu - czekam na kolejne próby, zwieńczone lepszym efektem. "Noc Walpurgi" imponuje z kolei śmiałością reżyserskich eksperymentów w niemal laboratoryjnej, teatralnej przestrzeni. Dla takich produkcji powinno być miejsce na gdyńskim festiwalu nawet, jeśli stanowią szeroki margines głównego nurtu polskiego kina. Podsumowując: to był rok bez olśniewającej produkcji, wyrastającej wyraźnie ponad inne, ale cieszy kilka naprawdę udanych filmów w bardzo różnych gatunkach (dramaty psychologiczny "Body/Ciało", dramat obyczajowy "Obce niebo", dramat wojenny "Letnie przesilenie" czy komedie kostiumowe "Panie Dulskie" i "Excentrycy") więc z polskim kinem jest całkiem nieźle.

Ten film podzielił recenzentów, ale mało kogo pozostawił obojętnym. Na zdjęciu: ekipa "Córek dancingu".
Ten film podzielił recenzentów, ale mało kogo pozostawił obojętnym. Na zdjęciu: ekipa "Córek dancingu". fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl
Alicja Olkowska-Szczegielniak, serwis Kultura i Rozrywka

Tegoroczny festiwal udowodnił, że w polskim kinie, po czasie wzlotu, obserwujemy delikatny, ale zauważalny (oby chwilowy!) spadek formy. Nie wszystkie produkcje z Konkursu Głównego powinny trafić do tego zaszczytnego grona. Widać to choćby po rozczarowującej "Hiszpance" czy formalnie ciekawych, ale wciąż eksperymentalnych "Córkach dancingu".

Liczyłam na więcej imprez towarzyszących, które zainteresowałyby nie tylko uczestników festiwalu, ale też zaktywizowały mieszkańców Gdyni. Święto polskiego kina zasługuje na coś więcej. Aż chciałoby się zapytać, gdzie są koncerty z muzyką filmową? Gdzie darmowe wydarzenia, które przyciągnęłyby tłumy gdynian? Cieszyły natomiast bezpłatne warsztaty, panele dyskusyjne oraz niespodzianka w postaci statuetki Oscara za "Idę", którą można było oglądać 15 września.

Faworyt festiwalu, czyli "Body/Ciało" Szumowskiej słusznie zdobył Złote Lwy. "11 minut" Skolimowskiego podzieliło fanów kina, ale ja doceniam jego zabawę formą i nowatorskość. Szkoda, że jury Konkursu Głównego nie zauważyło teatralnych "Pań Dulskich" i dużo lepszych od "Żyć nie umierać" "Moje córki, krowy". Wciąż jednak czekam na filmy, które wbiją w fotel. Gdzie nie będę widzieć ciągle tych samych twarzy (m.in. Piotra Głowackiego, który, choć jest aktorem wybitnym, wystąpił w tylu produkcjach na tegorocznym festiwalu, że zaczęło mi się już mieszać, gdzie i kogo grał).

Najlepiej zapamiętam świetne aktorstwo, zwłaszcza w wykonaniu dojrzałego pokolenia aktorów. Gajos, Dziędziel, Janda, Stroiński, młodsze od nich Kulesza, Preis czy Figura. Cieszę się, że w polskim kinie nie ma dyktatury młodości, która chociaż wnosi zawsze powiew świeżości, często przegrywa z doświadczeniem.

Bartłomiej Topa podczas konferencji prasowej.
Bartłomiej Topa podczas konferencji prasowej. fot. Maciej Czarniak/Trojmiasto.pl
Tomasz Zacharczuk, serwis Rozrywka

Nie chciałbym, aby tegoroczna edycja Festiwalu Filmowego kojarzona była wyłącznie z tragicznymi wydarzeniami ostatniego dnia. Niestety, zapewne będzie to nieuniknione, ale przede wszystkim powinniśmy zapamiętać gdyńską imprezę jako bardzo dobrą reklamę polskiego kina. Rodzimi twórcy udowodnili, że powiększająca się systematycznie kinowa frekwencja na polskich produkcjach nie jest przypadkiem czy chwilowym zjawiskiem. Tegoroczny festiwal pokazał, że polskie filmy mogą zaskakiwać nowoczesną formą ("11 minut", "Chemia"), umiejętnie łączyć lekką konwencję z mocną dawką emocji ("Body/Ciało", "Moje córki krowy"), naśladować z powodzeniem zachodnie standardy ("Karbala", "Ziarno prawdy", "Anatomia zła", "Demon") czy nawet efektownie odwzorować teatralną stylistykę na filmowej kliszy ("Noc Walpurgi", "Panie Dulskie").

"Body/Ciało" to najlepszy możliwy wybór. Film Małgorzaty Szumowskiej był najbardziej kompletny, spójny, wyważony, okraszony znakomitym scenariuszem i jeszcze lepszą obsadą aktorską. Trzeba jednak przyznać, że tegoroczny wybór na pewno był mniej oczywisty niż ubiegłoroczny triumf "Bogów". To najlepiej pokazuje, że polska kinematografia nie ogranicza się już jedynie do dwóch, trzech tytułów w perspektywie roku.

Świetnie swoją funkcję wypełniło nowo powstałe Gdyńskie Centrum Filmowe. Trafiony był też pomysł z elektroniczną rezerwacją miejsc. Minusy? Były na pewno, ale skoro polskie kino wyzbyło się kompleksów, to może warto przy okazji wyzbyć się stereotypowego narzekania. Poza tym, jak dobitnie podkreślił podczas gali finałowej Janusz Majewski - czasami warto trzymać się słonecznej strony ulicy.

Borys Kossakowski, serwis Kultura i Rozrywka

Do piątku wydawało się, że będzie to festiwal przepełniony radością. Po pierwsze - bo jubileuszowy. Po drugie - bo z nową siedzibą - Gdyńskim Centrum Filmowym. Wprawdzie sale kinowe zbudowano nieco zbyt ciasne, to jednak powstanie trzeciego obiektu (po Multikinie i Teatrze Muzycznym) znacząco wpłynęło na atmosferę festiwalową. Leżaki na placu Grunwaldzkim, koncerty w muszli, kolorowe tłumy ludzi przechadzające się między obiektami - chyba pierwszy raz w Gdyni tak mocno poczułem klimat festiwalu jako imprezy masowej, przyciągającej rzesze ludzi, tętniącej życiem. Dobrze mi tam było!

Cieszy też nieustannie rosnąca jakość polskiego kina. Z festiwalu wynoszę wrażenie, że rodzime filmy ustabilizowały się na wysokim poziomie produkcyjnym, poniżej którego raczej nie schodzą. Mimo to jestem gorącym zwolennikiem ograniczenia selekcji finałowej do maksymalnie 12 filmów. Skoro Amerykańska Akademia Filmowa potrafi ograniczyć się do 7-8 nominacji, to my też powinniśmy dokonać tej sztuki.

Oceniamy filmy Konkursu Głównego 40. Gdynia Film Festival

Marta Apanowicz Alicja Olkowska Łukasz Rudziński Tomasz Zacharczuk Jarosław Kowal Średnia
Boże Ciało 8 9 8 8 9 8.4
Ciemno, prawie noc 7 5 4 5 - 5.3
Czarny Mercedes 4 3 2 1 1 2.2
Dolina Bogów 2 4 3 4 6 3.8
Ikar. Legenda Mietka Kosza 8 8 9 8 8 8.2
Interior 3 - 2 2 2 2.3
Kurier 6 6 6 5 6 5.8
Legiony 3 3 2 3 3 2.8
Mowa ptaków 4 3 4 6 7 4.8
Obywatel Jones 9 5 8 8 7 7.4
Pan T. 9 7 5 8 8 7.4
Piłsudski 6 5 6 5 4 5.2
Proceder 5 3 6 7 5 5.2
Słodki koniec dnia 7 5 5 7 7 6.2
Solid Gold 4 4 3 4 - 3.8
Supernova 5 6 4 5 9 5.8
Ukryta gra 10 8 8 8 8 8.4
Wszystko dla mojej matki 6 - 4 4 5 4.8
Żelazny most - - 6 6 5 5.7

Opinie (27) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Oceny naszych dziennikarzy

Oceniaj z nami filmy Konkursu Głównego