Wiadomości

stat

Redaktorzy Trojmiasto.pl ocenili Festiwal Filmowy

"Ostatnia rodzina" zdobyła cztery statuetki podczas tegorocznego festiwalu, w tym tę najważniejszą, czyli Złote Lwy.
"Ostatnia rodzina" zdobyła cztery statuetki podczas tegorocznego festiwalu, w tym tę najważniejszą, czyli Złote Lwy. fot. Lucyna Pęsik/Trójmiasto.pl

41. Festiwal Filmowy w Gdyni oficjalnie przeszedł do historii. Co nas zachwyciło, a co rozczarowało i czy zgadzamy się z decyzjami jury? Poniżej subiektywne podsumowanie tegorocznej edycji.



Tomasz Zacharczuk, serwis Rozrywka

Śmiałe deklaracje dyrektora artystycznego festiwalu, Michała Oleszczyka, o najlepszej selekcji w Konkursie Głównym od wielu lat nie były jedynie pustym sloganem marketingowym. W ślad za słowami poszły czyny w postaci naprawdę udanych produkcji. Zasłużenie zwyciężyła "Ostatnia rodzina" - film najbardziej kompletny, brawurowo zagrany, uzupełniony znakomitym scenariuszem i nasycony szczerymi, acz trudnymi emocjami. Cieszę się, że festiwalowemu jury nie zabrakło odwagi, aby uhonorować najwyższymi laurami debiutanta, choć trzeba przyznać, że konkurencja była solidna.

Ogromną zaletą tegorocznego Konkursu Głównego była wszechstronność konwencji. Dostaliśmy porządnie nakręcone kino gatunkowe ("Na granicy", "Czerwony pająk") z wyrazistymi kreacjami i nienaganną realizacją. Na przeciwległym biegunie równie efektownie prezentowały się filmy z nurtu artystycznego, na czele ze świetnie zagranymi (brawo dla jury za nagrodę dla Łukasza SimlataDoroty Kolak) "Zjednoczonymi stanami miłości". Mroczne i szare barwy konkursowej selekcji skutecznie rozświetlały komedie ("Planeta singli", "Kamper") oparte na prostym schemacie, ale w żaden sposób nieprzypominające głupawych i zupełnie nieprzemyślanych tworów komediopodobnych, które co roku bombardują polskie kina.

Najsłabiej w mojej ocenie wypadły filmowe eksperymenty. "Królewicz olch" Kuby Czekaja jest filmem tak zagmatwanym artystycznie i fabularnie, że mógłby go zrozumieć chyba tylko genialny umysł głównego bohatera. Zmierzający do szokująco okrutnego finału "Plac zabaw" nie dość, że do odkrywczych nie należał, to na dodatek zupełnie nie ujmował pod kątem estetycznym. "Fale" Grzegorza Zaricznego to zaś nieporozumienie nieadekwatne do wysokiego poziomu tegorocznego Konkursu Głównego. Nad przegranymi nie ma jednak sensu się pastwić. Zamiast tego przyklasnąć należy zarówno debiutantom (Matuszyński, Kasperski, Grzegorzek), jak i starym wyjadaczom (Smarzowski, Pieprzyca), bo zaserwowali nam w tym roku wyjątkowe smaczne menu degustacyjne.

Przeczytaj recenzję filmu "Ostatnia rodzina"

Tak ocenialiśmy konkursowe filmy w tym roku. "Ostatnia rodzina" i "Jestem mordercą" zdobyły najwyższe noty.
Tak ocenialiśmy konkursowe filmy w tym roku. "Ostatnia rodzina" i "Jestem mordercą" zdobyły najwyższe noty.
Jarek Kowal, serwis Rozrywka

Skrajności - to słowo najtrafniej opisuje charakter tegorocznego Konkursu Głównego i są to niestety skrajności jakościowe. Obok znakomitych filmów zaprezentowano kilka bardzo słabych, ale warto zaznaczyć, że reprezentują roczny przekrój rodzimej kinematografii i z założenia nie są zbiorem wyselekcjonowanym wyłącznie na podstawie walorów artystycznych. Najlepszymi tego dowodami są "Sługi boże" oraz "Planeta singli" - produkcje typowo komercyjne.

Zaletą możliwości zobaczenia tak wielu obrazów zrealizowanych w podobnych ramach czasowych jest obnażenie tendencji współczesnego kina polskiego, które zdaje się być w wyjątkowo dobrej kondycji. Podczas gdy Hollywood poddało się dominacji różnego rodzaju adaptacji, u nas wciąż znakomicie się mają scenariusze oryginalne. Ponadto z roku na rok polskie produkcje przyciągają nie tylko fabułą, ale także realizacją na najwyższym poziomie.

"Sługi boże" często określane są jako przedsięwzięcie, za sprawą którego dorównaliśmy zachodniemu kryminałowi. Inspiracje Zachodem mają jednak także wady. Otwieranie filmu sceną, której sensu widz jeszcze nie może zrozumieć, a która w odpowiednim czasie zostanie wyjaśniona; kręcenie "z ręki"; stosowanie bezpiecznej ścieżki dźwiękowej; przekleństwa i palenie papierosów, gdy konieczne jest nadanie dialogom bardziej naturalnego tonu - to jeszcze nie są reguły, ale już wyraźna maniera, którą trudno byłoby dostrzec, oglądając konkursowe filmy na przestrzeni całego roku, lecz w trakcie tygodniowego maratonu urasta do rangi schematu.

W jednym z odcinków wyświetlanej podczas festiwalu kroniki zadawano pytanie: "Czego szukasz w filmie?". Ja poszukuję przede wszystkim oszustwa. Oszustwa tak wiarygodnego, że muszę się mu bezwiednie poddać i uwierzyć w każde słowo, każdy kadr i każdą scenę. Podczas 41. Festiwalu Filmowego w Gdyni zostałem oszukany czterokrotnie - przez twórców "Ostatniej rodziny", "Jestem mordercą", "Czerwonego pająka" oraz "Kampera" - a w większości przypadków razem ze mną oszukane zostało także jury.

Przeczytaj recenzję filmu "Wołyń"

"Zjednoczone stany miłości" Tomka Wasilewskiego zdobyły najwięcej statuetek podczas gali finałowej gali: za drugoplanowe role męskie i kobiece, montaż, kostiumy i reżyserię.
"Zjednoczone stany miłości" Tomka Wasilewskiego zdobyły najwięcej statuetek podczas gali finałowej gali: za drugoplanowe role męskie i kobiece, montaż, kostiumy i reżyserię. fot. Lucyna Pęsik/Trójmiasto.pl
Alicja Olkowska-Szczegielniak, serwis Kultura i Rozrywka

Zakończony właśnie festiwal to dowód na to, że polskie kino nie zwalnia, rozwija się i potrafi dostarczyć widzom skrajnych emocji. Zeszłoroczna edycja była obiecująca, w tym roku poziom wg mnie był jeszcze wyższy - w Konkursie Głównym pozytywnie zaskoczyło mnie więcej filmów, ale też, niestety, najlepsza "szesnastka" udowodniła, że od lat oglądamy to samo, choć w dużo ciekawszej formie. Jeśli rodzinę, to najczęściej z problemami, dysfunkcyjną i rozczarowaną wszystkim. Jeśli Polskę, to szarą, biedną i ponurą, bez znaczenia, czy akcja dzieje się w latach 70., czy współcześnie. Erotyka jest przesadnie naturalistyczna, jakby reżyserzy bali się, że przypadkiem zrobi się na ekranie zbyt miło. Kobieta to najczęściej nieszczęśliwa matka/żona/kochanka/córka, a mężczyzna to facet, który ma problemy, ale o nich nie mówi, a jeśli się odzywa, to klnie, odpalając papierosa za papierosem (ten rok zdecydowanie należał do nikotyny, papierosy kradły uwagę w większości konkursowych filmów). Na tle depresyjnych obrazów "Planeta singli" i "Kamper" stały się zaskakującą odskocznią i przyjemnym, wręcz potrzebnym dla uzyskania równowagi seansem. Oczywiście upraszczam, ale dominują "wątki przewodnie", które są szczególnie widoczne, jeśli spędzamy z polskim kinem kilka dni z rzędu.

Z drugiej strony w programie znalazły się perełki, których długo nie zapomnę. Słusznie nagrodzona "Ostatnia rodzina" od początku była moim faworytem i byłabym bardzo zawiedziona, gdyby jury nie doceniło debiutu Jana P. Matuszyńskiego. Liczyłam na więcej nagród dla "Wołynia" i zgadzam się z Łukaszem Rudzińskim, że film Smarzowskiego to największy przegrany festiwalu. Kolejne wyróżnienia dla "Zjednoczonych stanów miłości" to także dowód na to, że w polskim kinie jest miejsce na produkcje nieoczywiste, trudne w odbiorze, ale jakże potrzebne. Zaś "Jestem mordercą" polecam wszystkim fanom mocnego, męskiego kina.

Cieszy również wysoka frekwencja. To wspaniale, że polskie kino zdobywa nowych fanów, ale ogromne zainteresowanie chyba przerosło organizatorów. Rozumiem kolejki na najważniejsze seanse, ale problemy z internetowym systemem rezerwacji nie powinny się wydarzyć (zwłaszcza po godz. 8:30, kiedy ruszały zapisy). Mam wrażenie, że na niektóre seanse wpuszczano zbyt wiele osób, co kończyło się nerwowym szukaniem miejsc i okupowaniem schodów, na których ochrona nie zawsze pozwalała siedzieć. Na szczęście niedociągnięcia i organizacyjne wpadki nie przysłaniają tego, co najważniejsze, czyli polskiego kina, które z roku na rok ma się coraz lepiej.

Przeczytaj recenzje "Czerwonego Pająka" i "Jestem mordercą"

"Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego zdobył trzy statuetki, ale niektórzy uważają, że zasługiwał na więcej.
"Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego zdobył trzy statuetki, ale niektórzy uważają, że zasługiwał na więcej. fot. Lucyna Pęsik/Trójmiasto.pl
Łukasz Rudziński, serwis Kultura

41. edycja Festiwalu Filmowego w Gdyni uspokaja w kontekście przyszłości polskiego kina. Siedmiu debiutantów, którzy znaleźli się w Konkursie Głównym, i poziom większości z nich przekonują, że mamy ogromny potencjał wśród reżyserów, co zresztą co roku potwierdzają także filmy zakwalifikowane do Konkursu Fabularnych Filmów Krótkometrażowych i Konkursu Młodego Kina. Polskie Kino ma się więc coraz lepiej właśnie dlatego, że w dużych produkcjach jest miejsce dla nowicjuszy, którzy wnoszą powiew świeżości i nowe spojrzenie, mając szansę na doskonalenie warsztatu pod okiem bardzo dobrych, bardziej doświadczonych współpracowników. Nawet jeśli ich język filmowy nie jest jeszcze dojrzały ("Wszystkie nieprzespane noce" w reż. Michała Marczaka, "Fale" w reż. Grzegorza Zaricznego czy "Królewicz Olch" w reż. Kuby Czekaja), poziom całego festiwalu przekonuje, że z tej mąki będzie chleb.

Warto zwrócić też uwagę na rekordowo dużo eksperymentów operatorskich w Konkursie Głównym - w wielu filmach korzysta się z kamery ruchomej, ujęć kręconych z ręki, kamery towarzyszącej aktorowi za plecami, kadrów nieostrych, szerokich, świadomie niedoskonałych, imitujących wręcz nagranie telefonem komórkowym albo sięga się po ujęcia z kamer przemysłowych. W tym kontekście właściwie wszystkie filmy młodych twórców (a przede wszystkim tych, którzy są autorami najdojrzalszych i najlepszych debiutów: Jana P. Matuszyńskiego - "Ostatnia rodzina", Łukasza Grzegorzka - "Kamper" czy Wojciecha Kasperskiego - "Na granicy") budzą największe uznanie.

Jurorzy Konkursu Głównego właściwie nie zaskoczyli mnie swoimi nagrodami, z wyjątkiem jednej, o której za chwilę. Złote Lwy trafiły do filmu najbardziej precyzyjnego, dopracowanego w każdym szczególe, z trzema wyśmienitymi kreacjami aktorskimi (szkoda, że nagroda aktorska nie powędrowała ex aequo do Andrzeja Seweryna i Dawida Ogrodnika, bo obaj w rolach Beksińskich są doskonali). Trudno kwestionować ten wybór, choć wyżej cenię nie tak precyzyjny, ale w moim odczuciu po prostu znacznie ważniejszy "Wołyń" Wojciecha Smarzowskiego, który sięgnął do najlepszych wzorców polskiego kina historycznego i stworzył imponujący, niezwykle szczery w przekazie, bo nieskażony indoktrynacją, obraz rzezi wołyńskiej. Reżyser tak pokazał bohaterów, że nie sposób łatwo ich skategoryzować na dobrych lub złych. Ten film jednak, nie otrzymując żadnej z najważniejszych nagród (oprócz "Ostatniej rodziny" otrzymały je zasłużenie "Jestem mordercą" Macieja Pieprzycy i "Zjednoczone stany miłości" Tomasza Wasilewskiego), właściwie pozostał największym przegranym festiwalu.

Zarówno jury Konkursu Głównego, jak i jurorzy sekcji "Inne spojrzenie" wykazali się jednak też zadziwiającą ignorancją. Pierwsi, wskazując jako najlepszego debiutanta autora najbardziej kontrowersyjnego z filmów konkursowych - "Placu zabaw", grającego na emocjach widzów i epatującego agresją pokazaną ordynarnie wprost, a przez to szczególnie szokującą. Wierzę, że język filmowy Bartosza M. Kowalskiego dojrzeje i kiedyś będzie on sięgał po mniej dosłowne obrazy, póki co jego filmy wolę omijać szerokim łukiem. Również nagroda Złotego Pazura w konkursie "Inne spojrzenie" powędrowała do najbardziej kuriozalnego filmu, jaki pokazano na Festiwalu - "Biuro budowy pomnika" w reż. Karoliny Breguły. Związane w dużej mierze z teatrem jury słusznie wprawdzie doceniło "gombrowiczowski" film "Ederly" w reż. Piotra Dumały, ale film Breguły mimo szlachetnych pobudek jest tak nudny w formie i treści, że aż nie do oglądania. Bez echa przeszedł, niestety, za to najbardziej "mainstreamowy" z filmów "Innego spojrzenia" - "Kryształowa dziewczyna" w reż. Artura Urbańskiego.

Gwiazdy 41. Festiwalu Filmowego na czerwonym dywanie:

Opinie (33) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Oceniaj z nami filmy Konkursu Głównego