Wiadomości

stat

Przełomowe momenty i skandale. Historia Festiwalu Filmowego w Gdyni

artykuł historyczny
Katarzyna Figura i Radosław Piwowarski w 1996 roku. Ta para wielokrotnie gościła na festiwalu w Gdyni.
Katarzyna Figura i Radosław Piwowarski w 1996 roku. Ta para wielokrotnie gościła na festiwalu w Gdyni. fot. Maciej Kosycarz/KFP

W poniedziałek rusza 43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych i z tej okazji przypominamy archiwalny tekst o jego barwnej historii.




Ponad 40 lat Festiwalu Filmowego w Gdyni udowodniło, że sama impreza potrafi być równie barwna i zaskakująca, jak prezentowane podczas niej filmy. Pojedynki rodem z kina akcji, komediowe wpadki i dramatyczne historie przeplatają się niczym w solidnym hicie kinowym. Festiwal potrafił sprzeciwiać się systemowi, zmieniać rzeczywistość, a nawet ratować życie.

Zobacz nasz specjalny festiwalowy serwis

Gdyński festiwal jest ważną częścią polskiej kinematografii, ale również historii, bo przez ponad 40 lat, nie tylko na ekranie, odzwierciedlał społeczne nastroje i polityczną rzeczywistość. Także tę lokalną i nie tylko gdyńską, bowiem impreza wystartowała w Gdańsku, a swoją rolę odegrał nawet Sopot. Jest też ta "mała" historia, wewnątrzfestiwalowa, bogata w zakulisowe ciekawostki, nieprawdopodobne historie, wzloty i upadki, sukcesy i wpadki.

Zobacz także: konkurs główny w pigułce

Z Łagowa do Gdańska

Początki Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych sięgają daleko poza Trójmiasto. W latach 60. środowisko filmowe spotykało się zazwyczaj w Krakowie, gdzie od 1961 roku organizowano Ogólnopolski Festiwal Filmów Krótkometrażowych. W 1969 roku na filmowej mapie Polski pojawiła się kolejna impreza - Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie. Oba wydarzenia w znikomym jednak stopniu spełniały oczekiwania i nadzieje branży filmowej. Coraz głośniej mówiło się więc o potrzebie zorganizowania prawdziwego festiwalu, który byłby miejscem nie tylko promocji kina wśród artystów, ale przede wszystkim wśród publiczności.

Kulturalna i światopoglądowa odwilż, jaka nastała wraz z dojściem do władzy Edwarda Gierka, dość nieoczekiwanie uchyliła filmowcom furtkę do realizacji wymarzonego przedsięwzięcia. To jednak nie Kraków, nie Warszawa ani tym bardziej niewielki Łagów obrano za festiwalową lokalizację. Wybór padł na Gdańsk.


Gród Neptuna jak Cannes

Skąd taka decyzja oficjeli i środowiska filmowego? Tak okoliczności powstania festiwalu na łamach serwisu stopklatka.pl wspominał ówczesny prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, Jerzy Kawalerowicz:

- Były różne propozycje siedziby naszego festiwalu, ale ostatecznie zostało nią Trójmiasto. Stało się to w ogromnej mierze za sprawą sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku Tadeusza Fiszbacha, który wielokrotnie później okazał przychylność filmowej imprezie.
Był jeszcze co najmniej jeden istotny powód ulokowania imprezy na Wybrzeżu. Polscy artyści z nieśmiałą zazdrością spoglądali na wystawne i eleganckie spotkania w Cannes czy Wenecji. Gdańsk po części niektóre kryteria spełniał. Duża aktywność lokalnych środowisk filmowych sprzyjała koncepcji imprezy. Bliskie sąsiedztwo morza zapewniało urokliwy klimat festiwalu i ściągało turystów. W końcu samo zaplecze logistyczne i możliwości, jakie oprócz Gdańska gwarantowały też Gdynia i Sopot, przechyliły szalę na korzyść Trójmiasta.

Konkurs główny - oceny naszych dziennikarzy

Marta Apanowicz

Marta Apanowicz

Dyrektor Działu Sprzedaży

Artur Kornacki

Artur Kornacki

Kierownik Działu Multimedia

Alicja Olkowska

Alicja Olkowska

Kierownik działu Kultura, Rozrywka i Deluxe

Łukasz Rudziński

Łukasz Rudziński

Dziennikarz

Tomasz Zacharczuk

Tomasz Zacharczuk

Dziennikarz

Jarosław Kowal

Jarosław Kowal

Dziennikarz muzyczny

Średnia
7 uczuć

Miauczyński idzie do szkoły. Recenzja filmu "7 uczuć" (recenzja)

Strach, złość, smutek, radość, wstręt, zazdrość, wstyd. Adaś Miauczyński powraca do czasów dzieciństwa, kiedy – jak większość z nas – miał spory problem z nazywaniem towarzyszących mu wtedy emocji. Aby poprawić jakość dorosłego już życia, postanawia powrócić do tamtego nie do końca – jak się okazuje – beztroskiego okresu, by nauczyć się przeżywania siedmiu podstawowych uczuć. Ta ekstremalnie nieprzewidywalna podróż do przeszłości obfituje w szereg przezabawnych, wręcz komicznych sytuacji, ale niesie za sobą również moc wzruszeń i refleksji. więcej»

Średnia 6.5

Ocena czytelników   4.8

 Oceny redaktorów 
8
ocena: 8

Warto było czekać 7 lat na kolejny film o Adasiu Miauczńskim. Film skrojony pod widza, który pamięta obowiązkowe szkolne mundurki czy też odznaki wzorowego widza. Młodszy widz może tego przekazu nie zrozumieć.

8
ocena: 8

Dobra dawka humoru z jednym "ale" - pod koniec film siada. Film dla widzów 35+

6
ocena: 6

U Koterskiego bez zmian. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że w tym filmie grają wszyscy. Reżyser zebrał najlepszych polskich aktorów, którzy pod jego dowództwem wspinają się na wyżyny swoich możliwości. Plus za odkurzenie kilku zapomnianych już nazwisk. Minus za sceny ze szczeniakiem i słabszą drugą połowę filmu - czuć, że konwencja się wyczerpała.

7
ocena: 7

Komediodramat na ważny temat. Jak to u Koterskiego - specyficzny język, łatwość kreowania groteskowych sytuacji i ciekawi bohaterowie (właściwie cała klasa Adasia Miauczyńskiego zasługuje na brawa). Dobra, zniuansowana rola Michała Koterskiego w roli Adasia, ale reżyseria Marka Koterskiego zawodzi, poziom gagów wywołuje niekiedy zażenowanie i pusty rechot na widowni. Na szczęście poza zabawą z widzem (szereg odniesień do "Dnia Świra") jest też ważne przesłanie, które warto wynieść z tego filmu.

5
ocena: 5

Zaletą filmu niewątpliwie jest dosadny humor i możliwość odświeżenia sobie w pamięci szkolnych lat. I w zasadzie tyle. Karykaturalna koncepcja chwilami przeraźliwie męczy i nuży, zwyczajnie wyczerpuje się w połowie filmu. Przebija się pretensjonalność, a wręcz kicz. Szczególnie pod koniec filmu. Śmiechu równie dużo co rozczarowania. Kolejna świetna rola Gabrieli Muskały. Gwiazdorska obsada zdecydowanie dała radę.

5
ocena: 5

Założenie było ciekawe, przypominało wręcz surrealizm Buñuela w wydaniu z "Widma wolności", ale bazowanie na sentymencie szybko się wyczerpuje, a kiedy w końcówce pojawia się tanie moralizatorstwo, z utęsknieniem wspomina się subtelność "Dnia świra" czy nawet "Niczego śmiesznego".

6.5

Średnia 4.0

Ocena czytelników   4.8

 Oceny redaktorów 
6
ocena: 6

Sprawnie zrealizowany film o czasach stanu wojennego z dobrą rolą Łukasza Sikory. Zabrakło jednak głębszej analizy tematu, a sama historia została potraktowana zbyt powierzchownie.

-
3
ocena: 3

Ciężki temat i wysoka poprzeczka: filmów o stanie wojennym i latach 80. było już wiele. „Autsajderowi” do tych wybitnych daleko, choć warto warto docenić wiarygodne odwzorowanie tamtych realiów (plus za muzykę!). Irytuje za to główny bohater, zwłaszcza przed przemianą. Obejrzeć można, ale chyba tylko raz.

4
ocena: 4

Ten film dostałby ode mnie wyższą ocenę, gdyby zakończono go kwadrans szybciej. Ciekawie przedstawiono realia PRL-u w czasach stanu wojennego. Ciekawie też realia więzienie, ale już tutaj twórcy nie bardzo wiedzą co konkretnie chcą pokazać. Cieniem kładzie się niestety słaby scenariusz. Brak puenty osłabia wymowę tego całkiem niezłego, porządnie zrealizowanego filmu.

4
ocena: 4

Podobnych wątków z podobnym historycznym tłem można znaleźć na pęczki w starszych i dużo lepszych filmach. Ten jest co najwyżej przeciętny. Zarówno pod kątem fabularnym, jak i technicznym. Historia bardzo szybko wytraca impet i zupełnie nie zaskakuje. Spodziewany punkt kulminacyjny zagubił się w słabym scenariuszu. Film, o którym bardzo szybko można zapomnieć.

3
ocena: 3

Nie ma tu niczego, czego nie widzielibyśmy już w "Przesłuchaniu" albo w "Symetrii"... ale w znacznie gorszym wydaniu. Przewidywalna, przynajmniej o dwadzieścia minut za długa historia pełna klisz i banałów, a w dodatku uchwycona w chaotycznych zdjęciach.

4.0

Średnia 2.7

Ocena czytelników   3.8

 Oceny redaktorów 
3
ocena: 3

Bardzo długie 88 minut. Doczekałam do końca filmu tylko ze względu na obiecane zaskakujące zakończenie. I fakt było, tylko nie wiem po co? Sandrę Korzeniak występującą w "Dziurze w głowie" z chęcią zobaczę jednak w przyszłości w innym filmie.

2
ocena: 2

Film nie długi, ale strasznie się dłuży - nawet nie pomaga Bartłomiej Topa :(

3
ocena: 3

Nieporozumienie, że film trafił do Konkursu Głównego. Być może w mniej wymagającej kategorii by się obronił, tutaj wyraźnie odstaje od pozostałych filmów. I znowu ta biedna, brudna, zapluta Polska. Wyszłam z seansu zmęczona.

3
ocena: 3

Problemem tego filmu jest przede wszystkim fakt, że zamiast do nurtu Inne Spojrzenie trafił on do Nurtu Głównego, a jest filmem odrębnym zarówno na poziomie (miałkiego do bólu) scenariusza, jak i samej konstrukcji scen i wydłużanych do granic możliwości planów. Filmu nie ratuje przeciętny Bartłomiej Topa, ani Sandra Korzeniak. Jedynie Andrzej Szeremeta gra ciekawą postać autsajdera, ale to o wiele za mało, by uznać debiut Piotra Subbotko w pełnym metrażu chociaż za przeciętny.

3
ocena: 3

Kameralna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i rozliczaniu bolesnej przeszłości rozczarowuje niemal na każdej płaszczyźnie. Rozwijaniu słabo nakreślonych wątków nie sprzyja nużące tempo i nierówna gra aktorska. Kosztem ekranowego realizmu ucierpiał cały zamysł artystyczny. W ślad za głównym bohaterem pozostaje jedynie wyszeptać "rozpacz, rozpacz".

2
ocena: 2

Tytuł doskonale oddaje to, jak widz może poczuć się po zakończonym seansie. Prawdopodobnie miała to być dziwaczna, mglista wizja w stylu Davida Lyncha, ale wyszedł pretensjonalny bełkot z jeszcze bardziej pretensjonalnym Bartłomiejem Topą. Jeżeli tak ma wyglądać konfrontacja sztuki ze zwykłym, szarym człowiekiem, to nie dziwię się, że słowo "sztuka" bywa wypowiadane z pogardą.

2.7

Średnia 3.5

Ocena czytelników   5.0

 Oceny redaktorów 
4
ocena: 4

Dobrze zapowiadająca się historia, która w połowie filmu rozmywa się, tak jakby nie było pomysłu, jak ją pociągnąć dalej. Świetna narracja, doskonała gra aktorska, piękne zdjęcia; ale to wszystko nie wystarczy, by historia wciągnęła widza.

3
ocena: 3

Totalnie nie rozumiem po co na końcu jest to całe wyjaśnianie - można się tego domyślać podczas samego oglądania. Zapowiadał się na ciekawszy film.

5
ocena: 5

Jeśli ktoś lubi kino kostiumowe, wyjęte z lat 70., będzie zadowolony. Ja cenię, więc najnowszy film Zanussiego oglądałam z zaciekawieniem, ale wtedy nadeszło zakończenie, kompletnie nietrafione, i cała przyjemność uleciała.

2
ocena: 2

Krzysztof Zanussi powrócił wyjątkowo nieudolnym filmem. Oczywiście, zdjęcia są ładne, nasycone, "włoskie", jak to u niego, choć lepiej realizowano podobną techniką niedawno spektakle Teatru TV. Apetyt zaostrza ciekawy początek, ale im dalej w las, tym gorzej. Infantylne wprowadzenie motywu z "Fausta" Goethego dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy, więc nie jest w stanie pomóc nawet Jacek Poniedziałek w głównej roli, chociaż robi co może.

3
ocena: 3

Poziom Teatru Telewizji. Film pełen niedorzeczności, absurdów i nietrafionych pomysłów. Potwornie nudna i infantylna wariacja na temat Fausta. Wielkie rozczarowanie, za którym stoi wielki reżyser. Aktorsko też nie najlepiej ze względu na mdłe postaci, które potrafią skupić uwagę tylko w pierwszych kilkunastu minutach filmu.

4
ocena: 4

Historia szalonego naukowca była w miarę zjadliwa aż do jej "niejawnej" części. Kiedy przemieniła się w religijną przypowieść na temat moralności, okazała się naiwna i banalna.

3.5

Średnia 6.5

Ocena czytelników   5.4

 Oceny redaktorów 
9
ocena: 9

Psychologiczne studium poszukiwania zagubionej tożsamości. Kolejny dobry film Smoczyńskiej utrzymany w innej konwencji niż wcześniejszy jej doceniony za granicą film "Córy dancingu". Doskonała rola Gabrieli Muskały i Łukasza Simlata.

6
ocena: 6

Już widziałem taki film w wydaniu amerykańskim - jak dla mnie kopia filmu. I to gorsza kopia:(

4
ocena: 4

Pomysł na scenariusz świetny, ale efekt końcowy pozostawia niedosyt. Brawo za znalezienie uzdolnionego dziecka - dawno nie widziałam tak swobodnie grającego małego aktora. Niestety, historia mało przekonująca - nie wierzę, że rodzina - nawet ta, z którą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, tak chłodno wita zaginioną bohaterkę. Brakuje mi tu też obecności terapeuty i lekarza, którzy powinni na początku powrotu do „dawnego życia” po utracie pamięci, prowadzić Alicję dosłownie za rękę.

7
ocena: 7

Dobry dramat psychologiczny, przybliżający zjawisko fugi dysocjacyjnej dzięki bardzo dobrej roli Gabrieli Muskały, która oprócz głównej roli w filmie Agnieszki Smoczyńskiej, jest też autorką scenariusza. Dobrze partneruje jej Łukasz Simlat, grający wyrozumiałego, pokaleczonego przez dziwne zachowanie żony męża i ojca. Dojrzałe studium przypadku, z doskonałą muzyką Filipa Míška.

7
ocena: 7

Intrygujący i niezwykle angażujący film."Fuga" wyrasta na jedną z lepszych propozycji konkursu głównego. Fabuła zmusza do myślenia i rozpracowania głównych bohaterów. A w tych świetnie wcielają się Gabriela Muskała i Łukasz Simlat. Świetne zdjęcia, podbijająca klimat oniryzmu muzyka i uniwersalna opowieść o tym, jak często społeczne role, w które się wcielamy, zmuszają nas do ucieczki i wewnętrznego dyskomfortu. Lynch niekoniecznie, von Trier tym bardziej, po prostu Smoczyńska w dobrej formie.

6
ocena: 6

U podstaw fabuły leży schemat do znudzenia powielany przez filmowców na całym świecie - ktoś ukrywa przed kimś prawdę "dla jego dobra", choć tak naprawdę po to, aby film mógł trwać, bo przecież wystarczyłoby przeprowadzić szczerą rozmowę już na samym początku, a "Fuga" skończyłaby się po kwadransie. Na szczęście historia to tylko jeden ze składników filmu. Świetna rola Gabrieli Muskały i stawiane przez nią pytania o tożsamość (jest autorką scenariusza) sprawiają, że seans staje się ciekawszy.

6.5

Średnia 6.2

Ocena czytelników   6.5

 Oceny redaktorów 
5
7
ocena: 7

Rozważania komu jest bardziej ciężko choremu, czy opiekującemu się nim + dodatkowo wątek alkoholu i braterskiej miłości. Są tu momenty komiczne i tragiczne. Sprawdzi się w kinie i w telewizji.

6
ocena: 6

Film ważny, poruszający temat wpływu choroby jednej osoby na całą jej rodzinę. I odrealniony, jeśli zestawimy go z losem dziesiątek tysięcy polskich rodzin. Opieka nad chorym to zawsze trudna sprawa, ale co mają powiedzieć ci, którzy w przeciwieństwie do głównych bohaterów, nie są majętnymi ludźmi mieszkającymi w domu z ogrodem? Jak mają się czuć, gdy nie stać na super wózek i łóżko? Ten film może zaboleć takie osoby, zamiast przynieść ukojenie.

6
ocena: 6

Dobre kino społeczne, komediodramat przybliżający dramat rehabilitacji po udarze. Olgierd Łukaszewicz, grający głównego bohatera, to poważny kandydat do nagrody aktorskiej. Szkoda niepotrzebnych kombinacji w scenariuszu, przez co historia przeładowana jest nieoczekiwanymi problemami z rodzinnym piekiełkiem w tle.

7
ocena: 7

Świetnie poprowadzona opowieść pełna uśmiechu i bólu,radości i wzruszeń. Janusz Kondratiuk bez zbędnego patosu w prosty, ale wyrazisty sposób upamiętnił w filmie trudną,niejednoznaczną braterską miłość. Olgierd Łukaszewicz i Aleksandra Konieczna będą w gronie faworytów do nagród indywidualnych. Duże szanse na nagrodę publiczności. Film, który bez zarzutu sprawdza się zarówno na festiwalu, jak i w kinowej dystrybucji. Wypadł lepiej niż można było się spodziewać.

6
ocena: 6

Komu jest trudniej? Choremu, który traci kontakt z rzeczywistością i z rzadka uświadamia sobie, w jak fatalnym znalazł się położeniu czy rodzinie, która musi przejąć opiekę nad nim? To nie jest pytanie, którego wcześniej w kinie nie zadawano (chociażby "W końcu czyje to życie?" z 1981 roku), ale Kondratiuk potrafi postawić je tak, żeby odpowiedź z niezłym skutkiem balansowała na cienkiej granicy między dramatem a komedią.

6.2
Juliusz

Komedia z perspektywą. Recenzja filmu "Juliusz" (recenzja)

Tytułowy bohater to uporządkowany nauczyciel plastyki, którego głównym problemem w życiu jest ojciec – nieustająco imprezujący artysta-malarz. Kiedy senior przeżyje drugi zawał serca, a mimo to odmówi zmiany stylu życia, Juliusz będzie musiał znaleźć sposób na to, by wpłynąć na jego zachowanie. Lekarstwem na bolączki bohatera wydawać się będzie przypadkowo poznana, beztroska lekarz weterynarii – Dorota. Okaże się jednak, że prawdziwe problemy dopiero nadchodzą. więcej»

Średnia 5.5

Ocena czytelników   5.5

 Oceny redaktorów 
6
ocena: 6

Warto obejrzeć w oderwaniu od myślenia, że to film festiwalowy i musi spełniać w związku z tym jakieś kryteria. Wartka akcja, dobra gra aktorska, można się pośmiać. Konieczny przerywnik wśród festiwalowych filmów, które w większości przedstawiają poważne bądź smutne historie.

7
ocena: 7

Film dla entuzjastów polskich kabaretów - jak dla mnie niewykorzystane do końca możliwości Wojciecha Mecwaldowskiego. Polecam dla potrenowania przepony.

5
ocena: 5

Trochę wzruszeń, trochę śmiechu, kilka uniwersalnych prawd. Całkiem przyjemny film, choć wolałabym, aby nie był taki "pomiędzy": ni to komedia, ni to dramat. Skłaniam się ku temu pierwszemu.

6
ocena: 6

Zgrabna, zabawna komedia. Niezły scenariusz, kilka bardzo śmiesznych scen, dobre role Wojciecha Mecwaldowskiego i Anny Smołowik. Odrobina oddechu wobec trudnych tematów większości filmów Nurtu Głównego.

6
ocena: 6

Komedia, która potrafi i szczerze rozśmieszyć, i porządnie zirytować. Soczyste, wyostrzone dowcipy wymieszane są z trywialnym nieraz humorem niskich lotów. Fabularnie opowieść wręcz tragicznie rozjeżdża się w drugiej części filmu. Niedociągnięcia reżysera-debiutanta na szczęście tuszują charyzmatyczni aktorzy. Kilka scen i dialogów żywcem wyciągniętych z udanego stand-upu, reszta nieświeża jak powtórki kabaretowych skeczy. Film skrojony pod szeroką publiczność, niekoniecznie festiwalową.

3
ocena: 3

Polski kabaret w wersji pełnometrażowej. Kompilacja skeczy spięta pretekstową fabułą, a do tego humor oparty niemal wyłącznie o wulgaryzmy i skojarzenia z seksem.

5.5
Kamerdyner

"Kamerdyner" otworzył Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni (recenzja)

Mateusz Krol, kaszubski chłopiec, po śmierci matki zostaje przygarnięty przez pruską arystokratkę Gerdę von Krauss. Dorasta w pałacu. Rówieśniczką Mateusza jest córka von Kraussów Marita. Między młodymi rodzi się miłość. Ojcem chrzestnym chłopca jest kaszubski patriota Bazyli Miotke, który podczas konferencji pokojowej w Wersalu walczy o miejsce Kaszub na mapie Polski, a potem buduje symbol jej gospodarczego sukcesu: Gdynię. Traktat wersalski, który daje Polsce niepodległość, sprawia, że von Kraussowie tracą majątek i wpływy. Wszyscy bohaterowie czują, że świat, który znali, wkrótce diametralnie się zmieni. Wśród żyjących obok siebie Kaszubów, Polaków i Niemców narasta niechęć i nienawiść. Wybucha II wojna światowa. W Lasach Piaśnickich naziści dokonują mordu na ludności cywilnej – pierwszego ludobójstwa tej wojny. więcej»

Średnia 6.2

Ocena czytelników   7.4

 Oceny redaktorów 
5
ocena: 5

Warsztatowo świetny, bardzo dobrze zagrany aktorsko (wsród doskonałej plejady gwiazd warto zwrócić uwagę na drugoplanową rolę Diany Zamojskiej), ale... sama historia przewidywalna, nawet wątek miłosny nie zaskakuje.... dłuży się.

6
ocena: 6

Za długi o 20, a może nawet o 40 minut!!! Warsztatowo super, fajnie się ogląda. Można poznać historię "prawdziwą", ale nadal nie wszystko pokazano.

6
ocena: 6

Doceniam rozmach, stroje, grę aktorską i poruszenie trudnego tematu historycznego. Całość jednak nuży i nie porywa. Ciężko uwierzyć w miłość Marity i Matiego. Film zdecydowanie za długi, poszatkowany, niespójny. Szkoda, bo zapowiadało się wielkie kino. Opowieść z potencjałem, który w pełni oddałby serial. Ciekawe, czy "zwykły" pokaz "Kamerdynera" byłby tak samo długo oklaskiwany jak podczas gali otwarcia...

7
ocena: 7

Ciekawa saga rodzinna, rozwijana na przestrzeni kilku dekad. Kilka scen wielkiej urody, chociaż więcej tu wariacji na temat kaszybszczyzny i zachłyśnięcia folklorem niż samego kaszubskiego. Bardzo dobre role Anny Radwan, Adama Woronowicza, Łukasza Simlata czy Janusza Gajosa. Obsadzenie Sebastiana Fabijańskiego w głównej roli to niestety kompletna pomyłka. Niewiele lepiej gra jego partnerka (Marianna Zydek), przez co wątek romansowy wypada blado. Udane kino kostiumowe.

7
ocena: 7

Epicka kaszubska saga nakręcona z rozmachem i niezwykłą dbałością o historyczny kontekst. Filmowy hołd Bajona dla nieco pomijanego w kontekście wojennych dramatów regionu Polski. Nieco słabiej prezentuje się jedynie zbyt nonszalancko poprowadzony wątek miłosny. Żyjąc w tej części Polski nie można tego filmu nie zobaczyć. Wyborny Janusz Gajos. Doskonały Adam Woronowicz. Tak trzeba kręcić filmy historyczne.

6
ocena: 6

Na Kaszubach czas płynie inaczej, najpierw przez kilka dekad stoi w miejscu, a później jak przyśpieszy, to bohaterowie z dnia na dzień zmieniają się w starców... Podobnych niedociągnięć jest sporo, ale rekompensuje je świetna oprawa wizualna.

6.2
Kler

Recenzja filmu "Kler" Wojtka Smarzowskiego (recenzja)

Przed kilkoma laty tragiczne wydarzenia połączyły losy trzech księży katolickich. Teraz, w każdą rocznicę katastrofy, z której cudem uszli z życiem, duchowni spotykają się, by uczcić fakt swojego ocalenia. Na co dzień układa im się bardzo różnie. Lisowski jest pracownikiem kurii w wielkim mieście i robi karierę, marząc o Watykanie. Problem w tym, że na jego drodze staje arcybiskup Mordowicz, pławiący się w luksusach dostojnik kościelny, używający politycznych wpływów przy budowie największego sanktuarium w Polsce... Drugi z księży, Trybus, jest wiejskim proboszczem. Sprawując posługę w miejscu pełnym ubóstwa, coraz częściej ulega ludzkim słabościom. Niezbyt dobrze wiedzie się też Kukule, który – pomimo swojej żarliwej wiary – właściwie z dnia na dzień traci zaufanie parafian. Wkrótce historie trójki duchownych połączą się po raz kolejny, a wydarzenia, które będą mieć miejsce, nie pozostaną bez wpływu na życie każdego z nich. więcej»

Średnia 8.5

Ocena czytelników   6.5

 Oceny redaktorów 
10
ocena: 10

Obawiałam się, że Smarzowski nie sprosta ani tematowi ani wysoko postawionej przez siebie poprzeczki. Tymczasem po raz kolejny reżyser udowodnił, że w tym, co robi jest po prostu świetny. Spójność, przyczynowość, bez oceniania i niepotrzebnego moralizowania. Plus świetna gra aktorska. Wśród festiwalowych propozycji to tytuł, który po prostu zobaczyć trzeba.

8
ocena: 8

Spodziewałem się po filmie i Smarzowskim o wiele więcej. Dużo rzeczy nie zostało w nim poruszonych. Myślałem, że będzie mocniejszy. Dla mnie za łagodny - czyżby jakaś cenzura?

8
ocena: 8

Film, który powinnien obejrzeć każdy. Nie dlatego, bo jest o KK, ale ponieważ pokazuje jak władza, pieniądze i pycha niszczą człowieka jako jednostkę. Do podobnych nadużyć mogłoby dojść w każdej grupie społecznej. Pech chciał, ze akurat ta powinna świecić przykładem. Fakt, Smarzowski ma na koncie już lepsze filmy, ale tym razem nie tylko o kino chodzi. Niekończące się owacje po seansie są aż nadto wymowne.

8
ocena: 8

Smarzowski niezmiennie w wysokiej formie, z przenikliwym oglądem rzeczywistości, z dbałością o szczegóły i dobrymi, sprawdzonymi już aktorami. Tym razem zawodzi nieco scenariusz, dość lekkostrawny, jak na tę tematykę, ze zbędnym wątkiem sióstr Betanek i naiwnymi skrótami. To jednak wciąż jedna z najlepszych propozycji tegorocznego FF w Gdyni.

8
ocena: 8

Bezkompromisowy, nadto czytelny i sugestywny. Smarzowski nie zawiódł i potwierdził swój nietuzinkowy warsztat. Chwilami wstrząsa, niekiedy śmieszy, choć z wyraźną nutą goryczy. Przede wszystkim jednak reżyser opowiada w taki sposób, że ciężko oderwać nawet na chwilę wzrok od ekranu. Kontrowersji będzie co nie miara, choć nie jest filmem wymierzonym w katolików. To bolesna opowieść o ludzkim zepsuciu i zatęchłym systemie, który wymaga naprawy. Mocne kino, które powinno służyć dyskusji,nie walce.

9
ocena: 9

Zwiastun "Kleru" został przyjęty chłodno. Wielu wieszczyło przemianę Wojciecha Smarzowskiego w Patryka Vegę dla intelektualistów, ale na szczęście tak się nie stało - dostaliśmy film niejednoznaczny i wielowątkowy, na tyle wyważony, aby nikogo nie urazić, a jednocześnie pobudzjacy do refleksji. Prawdopodobnie jedyny film, który może stanąć w szranki z "Zimną wojną".

8.5

Średnia 5.3

Ocena czytelników   5.1

 Oceny redaktorów 
3
6
ocena: 6

Tak wysoka ocena tylko za klimatyczne zdjęcia i muzykę. Nie jak to było w "Wiedźminie". Odczuwa się dobry, średniowieczny klimat na słowiańskiej ziemi. Sama historia jest tak opowiedziana, że dłuży się :(

7
ocena: 7

Film-zjawisko! Nie sądziłam, że Polacy potrafią kręcić takie produkcje. Wysmakowany, każdy kadr to wydarzenie, przepiękne ujęcia, wszechobecny niepokój. Szkoda, że chwilami "Krew Boga" ciągnie się w nieskończoność. Mam nadzieję, że Bartosz Konopka nakręci w przyszłości dobry horror. Poza tym pikanterii dodaje fakt, że Krzysztof Pieczyński, grający tutaj duchownego szerzącego wiarę, prywatnie jest zajadłym przeciwnikiem Kościoła. Ciekawe połączenie i zerwanie z wizerunkiem.

4
ocena: 4

Losy chrystianizacji ludów prymitywnych w pięknym wizualnie (świetne zdjęcia) filmie, ale z bardzo słabym scenariuszem. Film trudny, z długimi statycznymi ujęciami, momentami porażająco naiwny. Pomimo mocnej końcówki, zupełnie do mnie ta estetyka mnie przemawia.

5
ocena: 5

Wygląda jakby Nicolas Winding Refn nakręcił swoją wersję "Misji", na dodatek w słowiańskim wydaniu.Film niesamowicie przeładowany poetyckimi środkami. Ciężki w formie i treści. Niewygodny, niepokojący, ale niestabilny fabularnie. Wizualnie wyróżniający się na plus. Ciekawa, ale nie do końca udana wizja szerzenia chrześcijaństwa w średniowiecznym mroku.

7
ocena: 7

O ile "Kler" jest komentarzem na temat kondycji kościoła, o tyle "Krew Boga" porusza temat samej wiary. Nie jest to tak kontrowersyjne, jak widok księdza z pełnym kieliszkiem, ale również prowokuje do refleksji.

5.3

Średnia 3.8

Ocena czytelników   4.4

 Oceny redaktorów 
4
ocena: 4

Znajomy polonista mawiał "pomysł świetny, realizacja już nie" i to najlepsze podsumowanie tego filmu. Kolejna historia, której nie ratuje świetna gra aktorów. Szkoda.

3
ocena: 3

Film się dłuży! Zbyt długie rozwinięcie jednej historii, która ma się połączyć z tą drugą - ważniejszą, która zostaje słabo opowiedziana. Może się podobać entuzjastom zwierząt.

2
ocena: 2

Film, na którym trudno wysiedzieć do końca. Denerwujący wątek matka--syn, w którym dwie dorosłe osoby nie są w stanie zatroszczyć się ani o siebie, ani o psa. Mam dość filmów o brzydkiej Polsce: jak ulica, to w kałużach, jak panorama, to w brudnym deszczu, jak kamienica, to obdrapana. Mówię stanowcze „nie” takiemu kinu. Psa szkoda.

5
ocena: 5

Twórcy spróbowali połączyć dwie historie w jedną. O ile losy dwójki bezdomnych (eksmitowanej matki i jej syna) na tle Warszawy wypadają przejmująco, podobnie jak próba przygarnięcia psa, o tyle wątek narodowy i pochody z okazji 11 listopada są zupełnie inną bajką, na którą twórcy nie mają właściwie pomysłu.

4
ocena: 4

Sugestywne kino społeczne, które bardziej ilustruje bolączki współczesnej Polski aniżeli próbuje je zanalizować. Monotonna narracja i dość irytujące wybory bohaterów powodują, że teoretycznie ważny i potrzebny film nie angażuje nawet w połowie. Niewykorzystane możliwości Kuleszy, łopatologiczna metaforyka, a do tego sporo niewyraźnych dialogów.

5
ocena: 5

Jakimowski komentuje agresję części uczestników obchodów Dnia Niepodległości w Warszawie, ale okazuje się, że w tym temacie starcza mu materiału na jakieś dwadzieścia minut, więc dodaje do tego historię dwuosobowej rodziny próbującej wyjść z bezdomności, a całość próbuje połączyć wątkiem niesfornego psa... Brzmi to karkołomnie i niestety jest karkołomne.

3.8

Średnia 4.8

Ocena czytelników   5.3

 Oceny redaktorów 
5
5
ocena: 5

Najsłabsze w tym filmie to scenariusz - po zapowiedziach i trailerze spodziewałem się czegoś innego...

5
ocena: 5

Mam problem z "Twarzą". To dobrze zrobiony film, ale finalnie tak naszpikowany nieaktualnymi stereotypami, polskimi "mordami" i półgłówkami, że może przynieść więcej szkody niż pożytku, przynajmniej PR-owo. Ciekawe, czy jury, które przyznało filmowi Srebrnego Niedźwiedzia podczas ostatniego Berlinale, uwierzyło w szumowską wizję polskiej wsi i mentalności. Jakby powiedział klasyk: "Nie o taką Polskę walczyłem!", a ja nie na taką "Twarz" chcę patrzeć.

5
ocena: 5

Małgorzata Szumowska o dramacie człowieka pozbawionego swojej tożsamości po wypadku, w którym traci twarz, opowiada przez pryzmat lokalnej społeczności. To najlepszy aspekt filmu pełnego kiczu i stereotypów ciemnej, zabobonnej wsi. Na plus role Mateusza Kościukiewicza (Franek) i Małgorzaty Gorol (Dagmara) oraz Agnieszki Podsiadlik (siostra Franka).

5
ocena: 5

Doceniam reżyserski warsztat Szumowskiej, ale w przypadku "Twarzy" ewidentnie zawiódł jej zmysł scenarzystki. Przeładowany symbolami i zdezaktualizowany komediodramat po kilkunastu obiecujących minutach zupełnie gubi tempo i większy sens. Szumowska tak mocno zaangażowała się w prześmiewanie rzeczywistości i ekranowe moralizowanie, że kompletnie zdeformowała "Twarz", za którą nikt się specjalnie oglądać drugi raz nie będzie. Rozczarowanie. Na plus debiutantka Małgorzata Gorol (filmowa Dagmara).

4
ocena: 4

Trochę za bardzo prześmiewcza wizja polskiej wsi rodem z serialu o Złotopolskich. Na plus spora dawka czarnego humoru ze sceną egzorcyzmów na czele.

4.8

Średnia 5.5

Ocena czytelników   5.3

 Oceny redaktorów 
7
ocena: 7

Film drogi w stylu Kolskiego. Doskonała rola Jana Jankowskiego.

5
ocena: 5

Wolne opowiadanie, piękne zdjęcia, ale film nie dla wszystkich. Typowy dla reżysera.

4
ocena: 4

Tęskniłam za wrażliwością Jana Jakuba Kolskiego, ale „Ułaskawienie” ogląda się z trudem. Mozolna akcja, dłużyzny, które nic nie wnoszą. Cieszy powrót Błęckiej-Kolskiej i Globisza.

7
ocena: 7

Niezwykle intymny, kontemplacyjny film, spinający klamrą dwa rodzinne dramaty związane z osobą reżysera Jana Jakuba Kolskiego: losy jego dziadków, którzy chcieli przetransportować ciało zamordowanego w Polsce Ludowej syna - żołnierza AK (wujka reżysera) oraz - bardziej symbolicznie - losy córki, zmarłej w wypadku spowodowanym przez Grażynę Błęcką-Kolską, w filmie grającą babcię Kolskiego. Wraz z filmowym mężem (Jan Jankowski) wyrusza ona w osobistą drogę krzyżową z trumną swojego dziecka.

6
ocena: 6

Typowy film Kolskiego. Niespieszna narracja, oszczędne dialogi, aktorski minimalizm i głęboko zakorzeniona w osobistych wspomnieniach opowieść. Kolejny festiwalowy tytuł ze świetnymi zdjęciami. Zdecydowanie lepsza pierwsza część filmu. Kino, które potrafi skupić uwagę tylko fragmentami, choć jest to propozycja warta uwagi.

4
ocena: 4

"Nie jestem człowiekiem, jestem koniem!" - wykrzykuje Jurgen i przemienia się w superbohatera, który samodzielnie potrafi wciągnąć pod górę wóz z załadowaną trumną. Podobnych niedorzeczności jest tutaj mnóstwo, a każdej przyświeca rycerska idea honoru... Chyba, że akurat ukazują się wyrwane z kontekstu komentarze opatrzone zdjęciami z kamery 16mm - wtedy nagle nastrój się zmienia i dostajemy komedię. Nierówny film pełen absurdów, a w dodatku potwornie nudny.

5.5

Średnia 7.5

Ocena czytelników   6.0

 Oceny redaktorów 
8
ocena: 8

Mocne kino w dobrym wydaniu. Thriller osadzony w niekonwencjonalnych czasach tuż po zakończeniu II wojny światowej. Znakomita gra młodych aktorów, świetne zdjęcia i muzyka.

8
ocena: 8

Bardzo dobry thriller osadzony w powojennym kraju. Wspaniała gra młodych aktorów. Film wciąga w swoją akcję. Pozytywne zaskoczenie.

7
ocena: 7

Dawno nie widziałam tak dobrze nakręconego filmu. Czuć tu nowatorskie podejście do tematu, choć jeśli ktoś czeka na tytułowego wilkołaka grasującego po ponurym lesie, może się rozczarować. Zamiast spodziewanego horroru, otrzymujemy kawał solidnego kina i zaskakująco dobrej gry dziecięcych aktorów. Bez zaskoczeń w fabule, ale warto.

6
ocena: 6

Film trzyma w napięciu od początku do końca, ciekawie prowadzona akcja, choć scenariusz rozczarowuje. Nieźle grają dzieci i zgrabnie oddana została rzeczywistość obozowa. Szkoda niewykorzystanego do końca potencjału, bo film z czasem trwania traci płynność i wiarygodność. Plus za udaną w sumie próbę stworzenia filmu z dreszczykiem.

8
ocena: 8

Oryginalny i śmiały pomysł. Mieszanka thrillera, kina grozy i dramatu psychologicznego. Scenariuszowi brakuje nieraz konsekwencji i logiki, ale w rzadko spotykany sposób porusza temat wojennej traumy i walki o pozostanie człowiekiem. Świetna Sonia Mietielica. Znów doskonale zdjęcia. Wyborna muzyka Komasy-Łazarkiewicza. Znakomicie podtrzymuje napięcie. Nieco banalne zakończenie.

8
ocena: 8

Jak to zwykle bywa, żaden wilk nie jest równie straszny, co człowiek. Jeżeli mamy tu do czynienia z horrorem, to przede wszystkim tym, który sami sobie potrafimy zagotować. Klaustrofobiczny nastrój świetnie potęguje grozę, szkoda tylko, że reżyser uległ pokusie wplecenia kilku niepotrzebnych "jump scare'ów".

7.5

Średnia 6.2

Ocena czytelników   5.7

 Oceny redaktorów 
6
ocena: 6

Zbyt powierzchowne potraktowanie poważnego tematu jakim jest alkoholizm. Od twórczyni filmu „Moje córki krowy” oczekiwałam znacznie więcej. Wielki plus za świetne kreacje aktorskie: Agaty Kuleszy, Doroty Kolak i Marii Dębskiej.

7
ocena: 7

Ogląda się z przyjemnością, choć porusza trudną tematykę alkoholizmu u kobiet. Polecam zwłaszcza osobom zaglądającym coraz częściej do kieliszka. W filmie od początku do końca wszystko oczywiste, nic nie zaskakuje.

5
ocena: 5

Studium alkoholizmu trzech bohaterek. Każda w innym wieku i z innego świata, boryka się z tym samym problemem. Niestety, „Zabawie...” daleko do „Moje córki, krowy”. Wydaje mi się, że reżyserka zatraciła równowagę między dramatem i komedią, m. in. stawiając na aktorów kojarzących się z humorem (policjanci), potęgując to muzyką ze stacji radiowych. Film z serii „Okruchy życia”, ale dobrze zagrany.

6
ocena: 6

Mocny obraz alkoholizmu, przedstawiony na przykładzie trzech niezależnych kobiet - ordynatorki szpitala, pani prokurator i stażystki w korporacji - ich wątki się nie łączą, ale ukazują różne "twarze" choroby i cały wachlarz zachowań związanych z piciem alkoholu. Dobre role tria: Maria Dębska, Dorota Kolak, Agata Kulesza, ale myśli i spostrzeżenia zawarte w filmie nie są żadnym stopniu oryginalne. To naprawdę dobrze opowiedziana, dość przeciętna historia z potężnymi rodzinnymi traumami w tle.

6
ocena: 6

Film ukazujący problem alkoholizmu z kobiecej perspektywy ze świetnymi rolami aktorskiego tria: Kolak, Kulesza i Dębska. Temat wciąż niesamowicie ważny i aktualny. Wciągająca historia, która zbyt wiele swieżego światła na znany problem nie rzuca. Po prostu to wszystko w kinie juz widzieliśmy. Przekaz dość oczywisty, niemal edukacyjny, ale ogląda się z przyjemnością i podziwem dla damskiej części obsady. To na pewno największy atut tej produkcji.

7
ocena: 7

Kolejny film o problemach z alkoholem... Mamy takich w rodzimej kinematografii bardzo wiele, więc nie nastawiałem się na nic oryginalnego, a jednak "Zabawa, zabawa" przemawia własnym językiem i ukazuje problem z zupełnie innej perspektywy. Perspektywy dobrze sytuowanych kobiet, których losy zdają się zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu i wzajemnemu wsparciu "sióstr" na nowej drodze życia. Kinga Dębska wystrzega się jednak banału i naprowadza historię na znacznie mniej oczywisty finał.

6.2
Zimna wojna

Piękny poemat o smutnej miłości. Recenzja filmu "Zimna wojna" (recenzja)

Historia wielkiej i trudnej miłości dwojga ludzi, którzy nie potrafią być ze sobą i jednocześnie nie mogą bez siebie żyć. W tle wydarzenia zimnej wojny lat 50. w Polsce, Berlinie, Jugosławii i Paryżu. więcej»

Średnia 9.5

Ocena czytelników   6.0

 Oceny redaktorów 
10
ocena: 10

Czarno-biało historia o decyzjach podejmowanych pod wpływem emocji. Historia, która zostaje w głowie na dłużej i zmusza do przemyśleń. Obok tego filmu nie można przejść obojętnie. Aktorski majstersztyk. Świetne role Kulig, Kota i Szyca.

9
ocena: 9

Wielkie brawa dla Joanny Kulig. Osobiście chciałbym jeszcze coś więcej od samego filmu. Nie podobają mi się niektóre przejścia między scenami i nie piszę tu o stronie technicznej, a reżysersko-montażowej.

9
ocena: 9

Jeden z tych filmów, które oglądasz, oglądasz, niby nic, kolejna nieszczęśliwa historia. Nagle się kończy (zdecydowanie za szybko), a ty siedzisz i nie wiesz, co ze sobą zrobić. Jest nieswojo. Trudno się po "Zimnej wojnie" otrząsnąć, jest zbyt smutna i bez nadziei, ale też irytująca ze względu na decyzje głównej bohaterki. Wydaje się, że to wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, happy end był możliwy. Film nie dla każdego, wymagający, nieznośny, piękny. Prawdopodobnie życiowa rola Joanny Kulig.

10
ocena: 10

Doskonałe zdjęcia Łukasza Żala, świetna muzyka Marcina Maseckiego (te jego niezapomniane "ręce Kota", bo przecież połączono komputerowo pianistę i aktora w momentach, gdy Wiktor Warski gra na fortepianie), mądrze poprowadzona fabuła i takaż reżyseria, bardzo dobra gra aktorska Joanny Kulig, Tomasza Kota i Borysa Szyca. Niebanalna, wzruszająca historia miłosna, świetny film.

9
ocena: 9

Wizualny majstersztyk opatrzony znakomitą ścieżką dźwiękową i fenomenalnym aktorstwem. Wybitna Joanna Kulig. Wyciszone, kameralne, wymagające skupienia kino, które hipnotyzuje od pierwszego do ostatniego kadru. Zachwycający poemat o trudnej miłości, który pozostanie nieśmiertelny w rodzimej kinematografii i recytowany przez wiele pokoleń filmowców. Czysta magia kina w polskim wydaniu.

10
ocena: 10

Film pod każdym względem kompletny. Luźna, ale nietracąca dynamiki fabuła, rewelacyjne kreacje aktorskie i znakomite zdjęcia w zaskakującym formacie 4:3 (czyli niemalże kwadrat). Jeżeli zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałoby "Kiedy Harry poznał Sally", gdyby nie było komedią, lecz dramatem, to właśnie dostaliście doskonałą odpowiedź.

9.5

Oceny przyznają pracownicy portalu Trojmiasto.pl, w skali ocen 1-10

Wizjoner z Żaka

Nie sposób jednak nie wspomnieć o słynnym gdańskim Żaku i jego dyrektorze, Lucjanie Bokińcu. To właśnie za ścianami Dyskusyjnego Klubu Filmowego równolegle rodziła się idea wielkiego festiwalowego święta, na którym filmy nie tylko miało się oglądać, ale też o nich rozmawiać.

Organizujący od lat kameralne przeglądy kinowe Bokiniec jak nikt inny w Trójmieście wiedział, czego oczekuje publiczność i jaka forma zadowoli samych artystów. Wybór dyrektora pierwszej edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych stał się więc zwykłą formalnością.

W Gdańsku, czyli... w Sopocie

Długo oczekiwana impreza wystartowała 7 września 1974 roku. I choć festiwal z wielką pompą reklamowano jako gdański, to w rzeczywistości należałoby go bardziej określić jako sopocki. To właśnie w tamtejszych kinach PoloniaBałtyk odbywały się pokazy filmowe. Biuro festiwalowe zorganizowano na kortach Sopockiego Klubu Tenisowego, bazą noclegową był Grand Hotel, a jako miejsce pozakinowych dyskusji (głównie w towarzystwie kieliszka i papierosa) obrano Klub Środowisk Twórczych SPATiF. Do organizowania wolnego czasu powołano zresztą nawet specjalną grupę. Tak na łamach książki "A statek płynie..." wspomina tę nietypową inicjatywę Sławomir Idziak:

- Pamiętam, że utworzyliśmy Grupę Gwizdkową, której rada decydowała, gdzie danego wieczoru będziemy się bawić. Do naszych trwających do białego rana imprez przyłączali się przypadkowi mieszkańcy Sopotu.
Rola Gdańska ograniczała się jedynie do otwarcia i zamknięcia festiwalu w kinie Leningrad (późniejszy Neptun). Mniej wpływowi i średnio zamożni twórcy w sopockim Grand Hotelu mogli sobie najwyżej zrobić zdjęcie, bo spać musieli już w dużo niższych standardach, głównie w gdańskim Hotelu Dworcowym. Noclegowa gehenna skończyła się już rok później. Hotel Dworcowy artyści zamienili na Heweliusza, a cały festiwal już faktycznie przeniósł się ze zbyt ciasnego Sopotu do Gdańska. Budynek NOT-u aż do drugiej połowy lat 80. odgrywał rolę festiwalowego centrum.

Łącznie w pierwszej edycji FPFF pokazano 13 filmów kinowych i 17 telewizyjnych. Zwycięzcą okazał się ten, który otworzył konkurs główny, czyli "Potop" Jerzego Hoffmana. Reżyser w nagrodę zgarnął statuetkę Lwów Gdańskich (wówczas jeszcze nieozłoconych).

Masz pan cegłę

Nie zawsze jednak w festiwalowej historii filmowcy wywozili z Gdańska (później Gdyni) tak cenne statuetki. Zdarzało się, że wracali... ze zwykłą cegłą, aczkolwiek o niebagatelnej wówczas i dzisiaj wartości. W 1977 roku rządowi oficjele zablokowali przyznanie Andrzejowi Wajdzie nagrody głównej za "Człowieka z marmuru". Odpowiednio obsadzone jury wybrało "Barwy ochronne" Krzysztofa Zanussiego. Oburzeni dziennikarze postanowili na własną rękę wynagrodzić Wajdę i na schodach NOT-u wręczyli mu cegłę nawiązującą też bezpośrednio do ekranowego przodownika pracy, Mateusza Birkuta. Oryginalną "statuetkę" na jednym z gdańskich placów budowy miał podobno znaleźć reżyser i przedstawiciel nurtu "kina moralnego niepokoju", Janusz Kijowski.

Zobacz więcej: trójmiejskie wątki w "Człowieku z marmuru" i "Człowieku z żelaza".

Przepraszam, tu (czasem) biją

Kreatywnością i niecodziennymi pomysłami polscy reżyserzy jeszcze nie raz mieli zadziwić uczestników festiwalu. 1978 rok zapewne mocno zapamiętał pewien urzędnik z Wydziału Kultury KC, który został... znokautowany przez Janusza Kondratiuka. I to dwukrotnie!

Do sytuacji rodem z bokserskiego ringu doszło na jednym z rautów w Novotelu. Mocno wstawiony oficjel natarczywie opierał się o słynnego reżysera. Ten w końcu nie wytrzymał i odepchnął natręta. Urzędnik zaczął grozić Kondratiukowi, że nie dopuści go do kamery nawet i na sto lat, po czym chwilę później leżał bezradnie na podłodze powalony krótkim prostym. Gdy Kondratiuk dowiedział się, kogo przed momentem znokautował, poczekał, aż mężczyzna się podniósł i... po raz drugi posłał go na deski. Na szczęście dla reżysera i polskiego kina, filmowiec wcale nie musiał później pożegnać się z kamerą. Ani na sto lat, ani nawet na rok.

Piekiełko, czyli raj utracony paparazzich

Alkohol był zresztą nieodłącznym elementem festiwalowej atmosfery, a szczególnie suto zakrapiane imprezy organizowano w słynnym Piekiełku w Hotelu Gdynia. Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, Piekiełko potrafiło integrować przy wspólnym kieliszku nie tylko filmowców, ale i dziennikarzy. Nikt nie myślał o zakamuflowaniu w kurtce dyktafonu, a aparat fotograficzny grzecznie odkładano w hotelowym pokoju. To, co było w latach 80. i 90. niepisaną tradycją, okazją do godzinnych dyskusji i wymiany poglądów, dziś byłoby rajem fotoreporterów i paparazzich węszących za kompromitującą fotką.

Na taką z pewnością mogliby się załapać rozentuzjazmowani Andrzej SewerynWojciech Pszoniak, którzy o piątej nad ranem, wychodząc z Piekiełka, postanowili sprawdzić, który pierwszy... przepłynie Zatokę Gdańską. Dość ekstremalne (i zapewne tragiczne w konsekwencjach) zapędy obu panów utemperował przebiegający akurat w pobliżu Jacek Fedorowicz.

Alkohol łączy ludzi

Wysokoprocentowe trunki czasami sprzyjały jednak filmowcom, którzy umiłowanie niektórych oficjeli do alkoholu potrafili wykorzystać na własną korzyść. Tak było w przypadku "Gorączki" Agnieszki Holland, która sięgnęła po nagrodę główną w 1981 roku. Brawurowej misji dopuszczenia filmu do produkcji podjęła się Barbara Pec-Ślesicka, która w jednym z gdyńskich lokali najzwyczajniej w świecie upiła Michała Misiornego. Mężczyzna decydował z ramienia partii, którym filmom dać "zielone światło". Zamroczony alkoholem zgodził się na produkcję "Gorączki". Zdania nie zmienił nawet po wytrzeźwieniu.

Fruwająca statuetka

Do zabawnej sytuacji doszło także z udziałem Krzysztofa Krauze. W 1988 roku autor "Nowy Jork, czwarta rano" zgarnął nagrodę za najlepszy debiut. Statuetka zbyt długo w rękach reżysera nie zagrzała miejsca, bowiem niedługo potem... wyfrunęła przez okno Hotelu Gdynia. Oszołomiony sukcesem i zamroczony alkoholem Krauze miał pokłócić się z żoną w hotelowym pokoju. Negatywne emocje rozładował za pomocą nagrody. Na jego szczęście ta wbiła się w dach hotelowego basenu, a nie w głowę któregoś z gości.

Pazura się wściekł, a Mucha wyleciała

Upadki, a raczej wpadki, zdarzały się też organizatorom. Do jednej z najbardziej spektakularnych doszło w 2002 roku. Podczas premierowego seansu "E=mc2" pomylono kolejność filmowych taśm, co w efekcie popsuło odbiór filmu Olafa Lubaszenki. Wściekły Cezary Pazura, grający rolę Ramzesa, wyszedł z kinowej sali już po kilku minutach, domagając się powtórnego seansu w prawidłowej kolejności.

W 2006 roku organizatorzy sami sobie sprezentowali wpadkę w postaci... Anny Muchy. Współprowadząca festiwal wraz z Maciejem Orłosiem niewybrednymi komentarzami i żartami wyprowadziła z równowagi kolejno widzów, filmowców i ostatecznie organizatorów imprezy. Decyzja była szybka: Mucha wylatuje. Po raz pierwszy i na razie jedyny doszło do sytuacji, w której odwołano konferansjera w trakcie festiwalu.

Festiwal ratuje życie

O tym, że Festiwal Filmowy w Gdyni jest wyjątkowy, organizatorzy i filmowcy przekonywali nie raz. Niewielu zapewne wie, że gdyńska impreza może nawet ratować życie. Przekonał się o tym Janusz Zaorski. W 2001 roku reżyser wraz z ekipą (m.in. z Bogusławem Lindą i Bartoszem Obuchowiczem) miał spędzić kilka dni w Nowym Jorku na planie filmu "Haker". Zaorski przesunął termin zdjęć, aby móc zasiąść w jury festiwalowym. I była to być może najlepsza decyzja w życiu. Reżyser wraz z aktorami mieli bowiem kręcić poszczególne ujęcia 11. września na 76. piętrze drugiej wieży World Trade Center.

Festiwal odbiciem rzeczywistości

Wydarzenia w Polsce i na świecie nie raz miały wpływ na kształt festiwalu. W 1980 roku "zielone światło" organizatorom miał dać sam Lech Wałęsa. Dwa lata później festiwal nie odbył się z powodu wprowadzenia stanu wojennego. Zrezygnowano też z edycji w 1983 roku.

Zmiany ustrojowe na przełomie lat 80. i 90. również miały swoje odzwierciedlenie w doborze filmów i werdykcie jury. Za pewien symbol uznaje się nagrodzenie w 1990 roku obrazu Wojciecha Marczewskiego "Ucieczka z kina Wolność". Zresztą sam festiwal jeszcze w latach 80. wyraźnie wyłamywał się spod cenzorskiej dyktatury. Świadczył o tym fakt pokazywania i nagradzania na festiwalu tzw. "półkowników" - filmów niedopuszczonych przez cenzurę, które wiele lat przeleżały na półkach (m.in. "Przesłuchanie" z Krystyną Jandą w reżyserii Ryszarda Bugajskiego).

Złote Lwy jak Oscary

Zmiana politycznej rzeczywistości wpłynęła też na zachowanie samych filmowców i organizatorów festiwalu, którzy nie tylko wydostali się spod nacisku cenzury, ale coraz śmielej zaczęli spoglądać na zachodnie standardy. Festiwal w Gdyni zaczął więc w pewnym momencie nawet wzorować się na oscarowej formule. W 1990 roku wprowadzono stylizowany na amerykańskim systemie sposób nominowania filmów do konkursu głównego. Grono krytyków, dziennikarzy i filmowców wyodrębniało wąską listę nominowanych, spośród których wyboru zwycięzców dokonywało festiwalowe jury. Podobną selekcję zastosowano jeszcze rok później, ale ostatecznie wrócono do tradycyjnego sposobu nominowania filmów. Okazało się, że nie wszystko, co amerykańskie może przyjąć się na polskim gruncie, a zwłaszcza w polskim kinie.

Kolejnym ukłonem w stronę zachodnich festiwali było umiędzynarodowienie konkursowego jury. I tak w 1993 roku po raz pierwszy oprócz Polaków o wyborze najlepszych filmów decydowali m.in. Brytyjczyk Lindsay Anderson, Litwin Stasys Eidrigevecius, Czech Pavel Hajny, Branko Lustig z Chorwacji i Amos Poe z Izraela.

Gdańskie lwy i niechciany paw


Razem z festiwalem ewaluowała też nagroda główna. Od początku festiwalu do 1979 roku najlepszy film honorowany był Lwami Gdańskimi. Złoto pojawiło się w nazwie nagród pod koniec lat 70. Co ciekawie, pomimo przeniesienia festiwalu w 1987 roku do Gdyni, jeszcze do 1993 roku oficjalnie przyznawano Złote Lwy Gdańskie. W tym samym roku zmodyfikowano też formę statuetki. Pierwotny projekt Piotra Soleckiego odświeżył rzeźbiarz, Czesław Gajda.

W 1996 roku do Złotych Lwów dołączono jeszcze jedną dość oryginalną nagrodę. Wzorem amerykańskich Złotych Malin postanowiono wyróżnić... najgorszy obraz festiwalowy. Gorzką dla filmowców malinę Polacy zastąpili bynajmniej niezbyt dumnym Złotym Pawiem, a jego "zdobywcą" okrzyknięto film Wiesława Saniewskiego "Deszczowy żołnierz". Najwidoczniej było to na tyle niemiłe wspomnienie dla reżysera, jak i organizatorów festiwalu, że kolejnego Złotego Pawia już w historii imprezy nie przyznano.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (62)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Oceniaj z nami filmy Konkursu Głównego