Wiadomości

stat

Polskie science-fiction? To możliwe. Recenzja filmu "Człowiek z magicznym pudełkiem"

Uczucie Gorii (Olga Bołądź) i Adama (Piotr Polak) może być dla głównych bohaterów ostatnią okazją na szczęście w futurystycznym świecie zmierzającym ku samodestrukcji.
Uczucie Gorii (Olga Bołądź) i Adama (Piotr Polak) może być dla głównych bohaterów ostatnią okazją na szczęście w futurystycznym świecie zmierzającym ku samodestrukcji. fot. Bartosz Mrozowski/Alter Ego Pictures

Autorowi znakomitej "Dziewczyny z szafy" ponownie udaje się z powodzeniem pogodzić filmową komercję z elementami niezależnego kina. "Człowiek z magicznym pudełkiem" to neurotyczna opowieść miłosna w klimacie science-fiction, której w polskiej kinematografii jeszcze nie widzieliście!



Facet o pseudonimie gwiazdy roznegliżowanych krótkometrażowek bierze na barki gatunkowy ciężar science-fiction, podróże w czasie wplata do konwencji romansu, dość statyczną fabułę lokuje w futurystycznej Warszawie, a na dodatek bezczelnie do jednego filmowego kotła wrzuca kadry z "Facetów w czerni" i "Podziemnego kręgu". Brzmi jak irracjonalny scenariusz spisany na skrawku papieru toaletowego podczas zajęć terapeutycznych w szpitalu dla obłąkanych. W tym szaleństwie jest jednak metoda! Bodo Kox najnowszy projekt może wsadzić do drewnianej skrzyni i wysłać na eksport w różne części świata. Polskie kino znalazło pomysł na science-fiction.

Odpowiedzialność za te swoiste novum bierze reżyser, który eksperymentując na różnych płaszczyznach niezależnego kina wykształcił w sobie niebywałą lekkość łączenia groteskowego humoru z naturalistyczną goryczą. Kox, co udowodnił już w "Dziewczynie z szafy", intuicyjnie potrafił wydobywać głębię emocji bez zamaszyście rozpisanych dialogów, aktorskich spazmów i dziesiątek niepotrzebnych ozdobników. Uniknął typowego dla offowych twórców egzaltowania każdego kadru i nachalnego pielęgnowania formy kosztem treści. U Koxa jest konkretnie, oszczędnie, a jednocześnie niebanalnie i zaskakująco. Wszystkie atuty reżyserskiego warsztatu udało się przemycić w najnowszym projekcie.

Konwencja science-fiction oczywiście odgrywa wiodącą rolę w "Człowieku z magicznym pudełkiem", jednak na niektóre fabularne niuanse i uproszczenia warto przymknąć oko.
Konwencja science-fiction oczywiście odgrywa wiodącą rolę w "Człowieku z magicznym pudełkiem", jednak na niektóre fabularne niuanse i uproszczenia warto przymknąć oko. fot. Bartosz Mrozowski/Alter Ego Pictures
Warszawa. Rok 2030. Spowita niepokojącą mgłą stolica bardziej niż futurystyczną metropolię przypomina wyludniałe miasteczko u progu postapokaliptycznej zagłady. Szare niebo, mętna Wisła, strzeliste wieżowce pokryte pyłem, wewnątrz których niemal bezszelestnie w korporacyjnym ładzie kłębią się anonimowe postaci. W tych nieznośnie sterylnych wnętrzach dochodzi do spotkania Adama (Piotr Polak) i Gorii (Olga Bołądź). Mężczyzny z wymazaną przeszłością i kobiety z nieokreśloną przyszłością. On z wypisaną pustką na twarzy podejmuje pracę sprzątacza, ona - bezpośrednia, bezczelna i wyuzdana - należy do kadry zarządzającej.

Korporacyjny mezalians dla obojga staje się szansą na dowartościowanie pustego życia, któremu z pewnością nie sprzyja nihilistyczna rzeczywistość - zgrabnie podsumowana jednym z haseł na ulicznym murze: "Lepsze jutro było wczoraj". Gdy Adam znajduje stary radioodbiornik nie zdaje sobie sprawy, że tym samym uruchomi serię niecodziennych zjawisk, które wykroczą poza przestrzeń i czas.

Do motywu podróży w czasie Bodo Kox podszedł dość ostrożnie, czasami asekuracyjnie, nieraz zbyt infantylnie, ale wkraczał przecież na niezwykle grząski grunt. Sporo więc w "Człowieku z magicznym pudełkiem" rozwiązań zaczerpniętych z zachodnich produkcji, choć na szczęście twórcy filmu wykazali się niezbędnym dystansem, wyśmiewając wprost niektóre z pomysłów (scena otwarcia z aluzją do "Facetów w czerni"). Odpowiedniego klimatu dostarczają również zgrabnie wykorzystane plenery Warszawy, która w filmie okazuje się być niezwykle uniwersalną scenerią - zarówno wydarzeń osadzonych w XXI wieku, jak i w latach 50. ubiegłego stulecia. Oszczędne, oczywiście ze względu na finanse, efekty specjalne mogą śmieszyć (często celowo) lub zirytować, ale podstawową funkcję wypełniają. Mówimy przecież o kinie science-fiction, na które nikt nie był w stanie wyłożyć kilkunastu milionów dolarów. W Hollywood (co najmniej) takie "drobne" rzuca się lekką ręką na realizację jednego odcinka "Gry o tron".

W "Człowieku ..." nie chodzi jednak o samą ideę podróży w czasie i percepcję równoległych rzeczywistości. Nie chodzi nawet o dystopijną przyszłość. Zbyt mocne ograniczenia finansowe i produkcyjne nie pozwalają na dostateczne rozwinięcie tych wątków, co zresztą widać w wielu naiwnych uproszczeniach. Fabularne dziury powodują jednak tylko chwilową utratę równowagi. Główną rolę grają emocje oscylujące oczywiście wokół miłości jako lekarstwa na trującą przyszłość zdominowaną przez militarne zbrojenia, międzynarodowe kryzysy, nachalnie zaczepiające przechodniów reklamy, elektroniczne pieniądze i komputery śledzące ludzi ze wszczepionymi czipami. Uczucie dwójki outsiderów ociera się często o tandetę, ale w perspektywie bohaterów naprawdę wydaje się to być wiarygodne i zbawienne.

Szczególnie dobrą rękę reżyser Bodo Kox ma do filmowej obsady. Obsadzenie w roli Adama anonimowego kinowym widzom Piotra Polaka było trafionym zabiegiem. Podobnie jak zatrudnienie Olgi Bołądź, która świetnie wypada w roli Gorii i udowadnia, że ma aktorski potencjał. Ten w ostatnich miesiącach przysłoniły kinowe potworki ("Kochaj", "Słaba płeć?") z udziałem Bołądź.
Szczególnie dobrą rękę reżyser Bodo Kox ma do filmowej obsady. Obsadzenie w roli Adama anonimowego kinowym widzom Piotra Polaka było trafionym zabiegiem. Podobnie jak zatrudnienie Olgi Bołądź, która świetnie wypada w roli Gorii i udowadnia, że ma aktorski potencjał. Ten w ostatnich miesiącach przysłoniły kinowe potworki ("Kochaj", "Słaba płeć?") z udziałem Bołądź. fot. Bartosz Mrozowski/Alter Ego Pictures
Znaczna w tym zasługa aktorów. Rozpoznawalna już od długiego czasu Olga Bołądź i niemal kompletnie anonimowy Piotr Polak tworzą jeden z barwniejszych duetów w polskim kinie ostatnich miesięcy. Wzajemna chemia, pozornie nieoczywista, miejscami chropowata, uwydatnia jednak atuty każdego z tej dwójki. Reżyserowi znakomicie udało się pogodzić przebojowość Bołądź z dżentelmeńskim sposobem bycia Polaka. Oboje po prostu ogląda się z przyjemnością, zwłaszcza, gdy na ekranie pojawiają się we wspólnych ujęciach. Świetnie w komediowym wydaniu kolejny raz wypada Sebastian Stankiewicz (Bernard), a występująca w roli sąsiadki Helena Norowicz momentami (scena z kawałkiem Maanamu) ociera się już o maestrię.

Futurystyczne love-story z teleportującym w czasie radiem, nieszablonowym humorem, zaskakującymi na płaszczyźnie scenariusza i scenografii rozwiązaniami bije na głowę sztampowe rodzime twory romanso-podobne. "Człowiek z magicznym pudełkiem", wzorem głównych bohaterów, tworzy mezalians komercyjnego kina z artystycznym filmem, który zgrabnie bazuje na konwencji science-fiction, dając polskim twórcom zielone światło na dalsze eksperymenty w czasie i przestrzeni. Ten, pomimo chwilowych kryzysów, z pewnością się udał, czego dowodem były żywe reakcje publiczności i końcowe brawa podczas gdyńskiej premiery. Magiczne pudełko odpaliło.

Specjalny serwis 42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

OCENA: 7,5/10

Film

Człowiek z magicznym pudełkiem

Człowiek z magicznym pudełkiem (12 opinii)

5.7
produkcja
Polska
gatunek
Romans, Sci-Fi
premiera
20 października 2017
czas trwania
1 godz. 43 min.
Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (22)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Oceniaj z nami filmy Konkursu Głównego