Wiadomości

stat

Filmowa wydmuszka. "11 minut" zadebiutowało w Gdyni


Najnowszym filmem Jerzy Skolimowski zaskakuje elastycznością i zdolnością adaptacji dynamicznie zmieniających się trendów kinowych. "11 minut" bowiem to kino na wskroś rozrywkowe z modernistycznym zacięciem. Niestety, barwna i atrakcyjna jest w tym przypadku jedynie forma. Wewnątrz tej opasłej wydmuszki dudni przygnębiająca pustka.



Tytułowe 11 minut jest przeplatanką losów bohaterów o różnym statusie społecznym, materialnym i zawodowym. Podpatrujemy na ekranie nadziewającego bułki parówkami Andrzeja Chyrę, desperacko zazdrosnego o żonę Wojciecha Mecwaldowskiego, korzystającego ze wszelkich uciech Dawida Ogrodnika czy eteryczną uwodzicielkę Paulinę Chapko. Ich indywidualne, podszyte zazwyczaj przykrymi doświadczeniami, historie przecinają się w kluczowym punkcie, prowadząc do zbiorowego finału, którego prologiem jest właśnie 11 minut z życia każdej z ekranowych postaci.

Kumulacja tylu bohaterów wychodzi jednak bokiem twórcom "11 minut". Interesujące i nieźle skrojone postaci (sprzedawca hot-dogów, mąż, kurier) zostają wymieszane w jednym wiadrze z mdławymi "wypełniaczami" filmowej kliszy (malarz, złodziej, niedoszła samobójczyni). W efekcie na widza wylewają się pomyje, którymi Skolimowski kamufluje fabularne luki. Nie jest to wina przeciętnych aktorów. Być może nie jest to wina samego reżysera. Jednak jeśli koncepcja filmu oparta jest na splocie postaci w tak krótkim czasie, to nie można w tym przypadku przeszarżować z mnogością bohaterów. Ostatecznie utuczony tyloma wątkami widz marzy tylko o uldze i zrzuceniu nieznośnego ciężaru.

Dość chaotyczne żonglowanie poszczególnymi historiami wyhamowuje tempo filmu i rozsadza jego spójność, co prowadzi do tego, że nie myślimy już o tym, co widzimy na ekranie, a wypatrujemy z utęsknieniem rozwiązania. Jakiekolwiek by ono było. A jest, delikatnie mówiąc, rozczarowujące. Moment, a przede wszystkim mechanizm związania wszystkich opowieści jest banalny, wręcz komiczny, niestosowny do tak wybitnego reżysera, jakim jest Skolimowski. Finał przypomina zapakowanie zapałek do pudła po telewizorze. W dodatku mokrych zapałek, bo użyteczność w obu przypadkach jest znikoma.

Trudno też stwierdzić, co też twórcy swoim filmem chcieli przekazać. Pojawiają się głosy o katastroficznym wymiarze "11 minut". O bolesnej przemijalności ludzkiego życia w obliczu przypadku. Wszak wszystko się może zdarzyć. Cóż, jak mawiał Bolec w "Chłopaki nie płaczą", komentując pewien muzyczny hit : "Wielkie odkrycie. Jasne k..., że wszystko się może zdarzyć". O tym, że życiu często bieg nadaje przypadek, każdy z nas wie najlepiej z autopsji. Czy do takiego uświadomienia potrzebny jest nam film?

Perłą w tej mętnej wodzie jest sposób realizacji "11 minut". Film Skolimowskiego to majstersztyk pod kątem zdjęć i przede wszystkim montażu. Twórcy wykonali tytaniczną pracę, konstruując ostatecznie aż 65(!) wersji montażowych, co zajęło im przeszło 8 miesięcy. Efekt jest jednak godzien podjętych trudów. Postaci skadrowane są w niemal każdy możliwy sposób, od obiektywu telefonu komórkowego nawet po pespektywę spacerującego psa (choć ten zabieg jest mocno przekombinowany). Zaskakuje też widok samej Warszawy - miasta zupełnie innego niż w znanych dotychczas filmach.

Oddać należy Skolimowskiemu, że potrafi zaadaptować się do nowoczesnej estetyki filmowych obrazów, że umie odnaleźć świeżą w swoim bogatym repertuarze konwencję, że zebrał na planie filmowym doskonałych aktorów. Cóż z tego jednak, skoro z filmu zupełnie nic nie wynika. Reżyser filmu niejednokrotnie podkreślał swoje zamiłowanie do sportu. "11 minut" można więc porównać do piłkarskiej drużyny, która dominuje nad przeciwnikiem przez 90 minut, deklasuje rywala pod względem posiadania piłki i sytuacji bramkowych, a spotkanie kończy ... porażką bez strzelenia choć jednego gola.

Pomimo tego, "11 minut" w wielu opiniach to jeden z faworytów do Złotego Lwa w Gdyni. Gdyby rzeczywiście tak się stało, byłby to niezasłużony policzek szczególnie dla młodych twórców, którzy pokazali się na festiwalu z dobrej strony. Nie można w ten sposób wyznaczać standardów w polskim filmie. "11 minut" byłby niezłym tworem, ale w rękach obiecującego debiutanta, a nie ikony nie tylko polskiej, ale i europejskiej szkoły reżyserii.

OCENA: 4/10

Oceniamy filmy Konkursu Głównego 40. Gdynia Film Festival

Marta Apanowicz Artur Kornacki Alicja Olkowska Łukasz Rudziński Tomasz Zacharczuk Jarosław Kowal Średnia
Amok 5 6 5 5 5 3 4.8
Atak paniki 8 9 5 8 7 8 7.5
Catalina 2 1 2 2 2 3 2.0
Cicha Noc 5 8 8 7 8 8 7.3
Człowiek z magicznym pudełkiem 5 4 - 6 8 7 6.0
Czuwaj 7 7 4 4 5 1 4.7
Najlepszy 9 10 8 9 9 7 8.7
Pokot 7 6 3 4 5 5 5.0
Pomiędzy słowami 7 3 5 3 4 6 4.7
Ptaki śpiewają w Kigali 6 5 6 6 6 8 6.2
Reakcja łańcuchowa 5 5 2 2 3 4 3.5
Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej 7 8 7 6 7 7 7.0
Twój Vincent 8 6 5 9 9 7 7.3
Volta 5 3 3 4 4 - 3.8
Wieża. Jasny dzień - 3 - 4 4 9 5.0
Wyklęty - 7 5 7 5 2 5.2
Zgoda 4 6 8 8 7 7 6.7

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (37)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
13.10.2017 wprowadzono zmiany w regulaminie.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Galeria zdjęć

    Poznaj jury

    Konkurs główny

    • Anna Wunderlich
    • Włodek Pawlik
    • Andrzej Jakimowski
    • Agnieszka Grochowska
    • Jerzy Antczak
    • Paweł Pawlikowski
    • Robert Bolesto
    • Beata Walentowska
    • Witold Stok

    Konkurs filmów krótkometrażowych

    • Kuba Czekaj
    • Joanna Krauze
    • Carla Simón

    Jury Młodych

    • Anna Burdajewicz
    • Aniela Janowska
    • Maria Dobosiewicz

    Jury polskiej federacji dyskusyjnych klubów filmowych

    • Edyta Kaszyca
    • Andrzej Kawala
    • Wojciech Zakrzewski

    Sponsorzy