Wiadomości

Film jak malowany. "Twój Vincent" otworzy festiwal w Gdyni


65 tysięcy namalowanych obrazów, ponad 120 malarzy z Polski i zagranicy, 3 tysiące litrów zużytej farby i wiele lat żmudnej pracy nad scenariuszem i realizacją. "Twój Vincent", który powstawał m.in. w Gdańsku, jest pierwszym w historii pełnometrażowym filmem stworzonym techniką malarską. Wyjątkowy film otworzy w tym roku 42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Rozmawiamy z jego reżyserką, Dorotą Kobielą.



Tomasz Zacharczuk: Spotykamy się w miejscu nieprzypadkowym, bo w Gdyńskim Centrum Filmowym, które już za kilka tygodni stanie się areną goszczącą 42. edycję Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. "Twój Vincent" jest jednym z 17 filmów w selekcji Konkursu Głównego. Jednak jeszcze kilka lat temu, gdy powstawał pomysł na krótkometrażową animację, o takim wyróżnieniu chyba nawet pani nie myślała?

Dorota Kobiela, malarka, reżyserka i współscenarzystka filmu "Twój Vincent": Rzeczywiście pomysł stworzenia filmu narodził się około 9 lat temu. Miałam już wówczas doświadczenie filmowe, a pasję i edukację w zakresie malarstwa. Chciałam więc połączyć obie te kwestie i stworzyć krótkometrażowy debiut reżyserski. Po drodze spotkałam Hugh Welchmana, któremu pomysł bardzo się spodobał, a po zapoznaniu się z biografią Van Gogha stwierdził wręcz, że tak fantastyczny temat musi doczekać się pełnometrażowej realizacji.

Dlaczego Van Gogh?

Inspiracją były listy malarza, które czytałam będąc jeszcze w liceum, później do nich wróciłam pod koniec studiów, a tak intensywnie zaczęłam je analizować w momencie, gdy pojawił się już zarys pomysłu na krótkometrażowy film. Miałam zakreślone ulubione cytaty, a jednym z nich były słowa samego Van Gogha: "Nie możemy mówić inaczej niż tylko przez nasze obrazy". Krótkie zdanie stało się taką iskrą zapalną. Pomyślałam, dlaczego nie potraktować tego dosłownie, wziąć te obrazy, widoczne na nich postaci i dać im opowiedzieć historię człowieka, który je stworzył.

Myślę, że nie dałoby się w ten sposób opowiedzieć o żadnym innym malarzu i mówię to z pełną odpowiedzialnością. Były nawet pytania dotyczące tego, którym kolejnym artystą zajmiemy się w ten sposób. To nie jest pomysł, który możemy sobie nagle przerzucić na każdego innego malarza. To, co malował Van Gogh autentycznie go otaczało i w ten sposób tworzył niejako swój portret.

"Twój Vincent" będzie opowiadał głównie o ostatnim okresie życia wybitnego malarza. Na wielkim ekranie w jego postać wcieli się jedyny polski aktor na planie, Robert Gularczyk.
"Twój Vincent" będzie opowiadał głównie o ostatnim okresie życia wybitnego malarza. Na wielkim ekranie w jego postać wcieli się jedyny polski aktor na planie, Robert Gularczyk. mat. prasowe/ Next Film
Portret dziwaka, szaleńca obcinającego sobie ucho, czy genialnego malarza niedocenianego za życia? Jaki jest ten filmowy Vincent Van Gogh?

Nadrzędną ideą tego filmu było udowodnić na wielkim ekranie, że człowieka nie da się opisać w kilku hasłowych zdaniach. Wydaje mi się, że to postać bardzo niejednoznaczna. Takie było zresztą założenie na etapie zarówno pisania scenariusza, jak i tworzenia samego filmu. Pokazać Van Gogha umykającego klasyfikacjom, tajemniczego, nieokreślonego do końca. Przeczytaliśmy mnóstwo materiałów na jego temat. Tej wiedzy jest tak dużo, że trudno byłoby wszystkie biograficzne fakty włożyć w ponad 80-minutowy film. Trzeba było dokonać selekcji, nieraz radykalnej. Pamiętajmy, że jest to film malowany, a więc dodatkową selekcję stanowiło wybranie odpowiednich obrazów, których Van Gogh namalował przecież mnóstwo.

Skupiliśmy się na ostatnim fragmencie życia i jego twórczości, którą można było na tym etapie określić jako dojrzałą. Sam Vincent również stał się postacią dość mocno zdefiniowaną i doświadczoną. Przeszedł przecież przez cztery nieudane kariery, zaliczył ogrom personalnych porażek i zawodów. Malarstwem zajął się na dobre dopiero w wieku 28 lat. Udowodnił tym samym, że nawet w tak późnym wieku można odnaleźć pasję i swoje przeznaczenie, pomimo dotychczasowych rozczarowań. Chcieliśmy pokazać Van Gogha inspirującego, odważnego, poświęconego malowaniu, który wolność odnalazł w bardzo trudnym momencie swojego życia.

"Twój Vincent" malowany jest obrazami, a tych powstało przeszło 65 tysięcy, w których tworzenie zaangażowanych było ponad stu malarzy z kilkunastu krajów na całym świecie. Jak udało się ich skompletować i przede wszystkim skoordynować ich drobiazgową nieraz pracę?

Rzeczywiście to było wielkie wyzwanie, ale jednocześnie idea, dzięki której udało się stworzyć coś niezwykłego. Na początku chcieliśmy wykorzystać animatorów malarskich. Okazało się jednak, że jest ich stosunkowo mało, a dodatkowo wielu z nich zaangażowanych było we własne projekty. Odwróciliśmy więc koncepcję - weźmiemy artystów malarzy, którzy będą musieli nauczyć się zasad animacji i dostosować tę wiedzę do własnego warsztatu. Wpłynęło do nas ogromnie dużo portfolio. Przejrzeliśmy chyba kilka tysięcy zgłoszeń. Następnie wyselekcjonowaliśmy grupę, którą zaprosiliśmy na testy. Przez 3 dni sprawdzaliśmy, czy nasi kandydaci czują technikę Van Gogha, rozumieją jego twórczość i widzą, na czym polegać będzie tworzenie filmu.

Malarze w Polsce bardzo szybko nam się skończyli (śmiech). Trzeba było więc sięgnąć po zagraniczne wsparcie. Najpierw przyjechała do nas grupa artystów z Ukrainy. Potem dołączyła Grecja. To już było spore zaskoczenie. Największe jednak dopiero nadchodziło. Gdy grupa sympatyków Douglasa Bootha [jeden z aktorów grających w filmie - przyp. red.] wrzuciła do sieci viralowy trailer, zostaliśmy zasypani tysiącami zgłoszeń z całego świata - USA, Kanady, Indii, Japonii. Istne szaleństwo, a jednocześnie ogromna przyjemność współpracy. Jednocześnie spory wysiłek, bo codziennie trzeba było sprawdzać klatka po klatce ich twórczość oraz kontrolować, czy cały czas zachowany jest klimat dzieł Van Gogha.

Oprócz malarzy w produkcję filmu zaangażowanych było również kilkudziesięciu aktorów. Ich ruchy, gesty i słowa nagrano, następnie zmontowano, a później każdy kadr został drobiazgowo namalowany przez odpowiedniego malarza. Na zdj. znany m.in. z serialu "Gra o tron" Jerome Flynn, który w "Vincencie" wciela się w postać doktora Gacheta.
Oprócz malarzy w produkcję filmu zaangażowanych było również kilkudziesięciu aktorów. Ich ruchy, gesty i słowa nagrano, następnie zmontowano, a później każdy kadr został drobiazgowo namalowany przez odpowiedniego malarza. Na zdj. znany m.in. z serialu "Gra o tron" Jerome Flynn, który w "Vincencie" wciela się w postać doktora Gacheta. mat. prasowe/ Next Film
Praca malarzy i wykorzystywane do produkcji obrazy to tylko jeden z wielu etapów tworzenia filmu.

Zgadza się. Najpierw oczywiście skrupulatnie i mozolnie rozpisywaliśmy cały film na poszczególne sceny i modyfikowaliśmy scenariusz. Pierwszym etapem była praca z aktorami. Później montaż całego filmu. Następnie każde nakręcone i zmontowane ujęcie było przydzielane odpowiedniemu malarzowi. Jedno ujęcie to jeden obraz, który był fotografowany w technice stop-motion. Taka klatka była malowana od dwóch do nawet sześciu godzin. Nasi malarze musieli wykazywać się niezwykłą cierpliwością i opanowaniem. Jedno ujęcie pewien chłopak malował aż sześć miesięcy!

Stworzyliście chyba najwolniejszą metodę robienia filmu.

Oj tak (śmiech). Film był przecież nakręcony i zmontowany, a tu przychodzi etap postprodukcji, który trwa aż dwa lata! Nie dałoby się jednak zrobić go inaczej. Ten film miał opowiadać malarstwem.

Misterna praca malarzy to jedna rzecz, ale równie ważny był wysiłek aktorów. Na planie pojawili się m.in. znany z "Gry o tron" Jerome Flynn, Aidan Turner, który zagrał w trylogii "Hobbita" i serialu "Poldark", czy mimo młodego wieku uznana już aktorsko Saoirse Ronan. Jak pracowało się w takim towarzystwie?

Niezwykłe wyzwanie. Był to mój debiut i po raz pierwszy stałam w ogóle na planie filmowym takiej produkcji, w dodatku w Wielkiej Brytanii i w asyście takich znakomitości! W pierwszym momencie cała sytuacja mocno mnie usztywniała i w pewien sposób stresowała. Praca z aktorami była jednak zaskakująco płynna, mimo że niektórzy scenariusz dostali zaledwie tydzień lub dwa dni przed zdjęciami. Byli niesamowicie zaangażowani i ogromnie ciekawi tego, jak będą wyglądać namalowani. Każdy z nich to wybitny profesjonalista. Saoirse, na przykład, przychodziła na plan i znała każdą linijkę tekstu bez jakiegokolwiek zająknięcia i chwili wahania. Lepszego debiutu reżyserskiego nie mogłam wymarzyć.

Trudności zapewne się jednak pojawiały. Z czym były związane?

Głównie z kwestiami technicznymi. Robiliśmy przecież film animowany, jakiego jeszcze nikt nie nakręcił. Mieliśmy bardzo doświadczoną ekipę, która często musiała radzić sobie z problemami, na które nie było odpowiedzi. Wszystko przecież robiliśmy pierwszy raz. Więc owszem, pojawiały się problemy z oddaniem perspektywy na obrazach Van Gogha, z odpowiednim oświetleniem, czasami ze zbyt szybko lub za wolno wysychającą farbą. Cała masa niespodziewanych komplikacji, ale na szczęście żadna z nich nie była w stanie nas zastopować na jakiś dłuższy okres. Nieoceniona była też pomoc drugiego reżysera, Hugh Welchmana, z którym współpracowało się znakomicie i nawet ani razu się nie pokłóciliśmy (śmiech). Największe spory toczyliśmy na etapie pisania scenariusza, który zmieniał się nawet kilkukrotnie, około 7-8 razy.

Okres postprodukcji filmu trwał ponad dwa lata. Artyści-malarze zakontraktowani na potrzeby produkcji pracowali m.in. w Gdańsku. Zdjęcia z udziałem aktorów kręcono w Wielkiej Brytanii.
Okres postprodukcji filmu trwał ponad dwa lata. Artyści-malarze zakontraktowani na potrzeby produkcji pracowali m.in. w Gdańsku. Zdjęcia z udziałem aktorów kręcono w Wielkiej Brytanii. mat. prasowe/ Next Film
Widzowie z Trójmiasta zapewne już nie mogą doczekać się pokazu filmu podczas festiwalu w Gdyni, który to zresztą "Twój Vincent" otworzy. Niektórzy mieli już jednak przyjemność uczestniczenia w seansie. Gromkie brawa na festiwalu w Annecy i tamtejsza nagroda publiczności czy bardzo pozytywne przyjęcie filmu podczas Nowych Horyzontów we Wrocławiu to chyba dowód na to, że wasza praca przypadła do gustu fanom kina?

Póki co jest chyba pozytywnie (śmiech). Na pewno kolosalne wrażenie zrobiła na mnie reakcja na festiwalu w Annecy. Przepiękne i wzruszające jednocześnie ukoronowanie naszej pracy. Ogromnie zaskoczyło mnie również bycie w głównym konkursie w Gdyni. Zawsze jeździłam na ten festiwal, uwielbiam go, ale nigdy nie widziałam tu filmu animowanego. Nagle nie dość, że taki film się pojawi, to w dodatku jest to mój film. Ogromne zaskoczenie i wielka radość. Tym razem będę mogła uczestniczyć w imprezie nie tylko z perspektywy publiczności, ale i jako twórca.

Pochlebnych recenzji nie brakuje, co więcej, pojawiają się nawet głosy o nominacji do Oscara. Czy tworząc "Vincenta" mieliście świadomość, że pracujecie nad wyjątkowym dziełem, które być może doczeka się najwyższych laurów?

W pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że to jest ważny film, bo bierzemy się za ikonę malarstwa, sztuki, kultury. Ta waga jednak nie wynikała z rozważań nad Oscarem czy Złotymi Lwami. Najważniejsza była odpowiedzialność za pokazanie Van Gogha i z tej perspektywy czuliśmy, że tworzymy coś wyjątkowego. Zupełnie nie mam głowy do nagród filmowych. Szczególnie, że ciężko nasz film zaklasyfikować - bo czy jest to wciąż film aktorski, czy już animowany? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć i z takim dylematem zapewne będzie musiało poradzić sobie jury niejednego festiwalu, o ile oczywiście "Twój Vincent" doczeka się takich zaszczytów. Największą wartość będzie miała opinia widzów, bo przecież filmowiec tworząc swoje dzieło nastawia się głównie na publiczność. Mam świadomość, że "Vincent" nie jest łatwym, typowym filmem. Wymaga na pewno większego skupienia i tolerancji ze strony widza. Mamy jednak nadzieję, że naszą pracę wykonaliśmy na tyle dobrze, że odbiór nie przysporzy żadnych problemów.

"Twój Vincent" to pierwszy na świecie pełnometrażowy film stworzony techniką malarską. Na potrzeby produkcji ponad 120 malarzy z Polski i zagranicy namalowało 65 tysięcy obrazów. W ponad 80-minutowym filmie będzie można zobaczyć ponad 120 dzieł Vincenta Van Gogha.
"Twój Vincent" to pierwszy na świecie pełnometrażowy film stworzony techniką malarską. Na potrzeby produkcji ponad 120 malarzy z Polski i zagranicy namalowało 65 tysięcy obrazów. W ponad 80-minutowym filmie będzie można zobaczyć ponad 120 dzieł Vincenta Van Gogha. mat. prasowe/ Next Film
Z pewnością jednym z takich najważniejszych sprawdzianów będzie premiera filmu w Holandii. Stres w ojczyźnie Van Gogha będzie chyba jeszcze większy niż podczas dotychczasowych pokazów?

Każda premiera wiąże się z ogromnymi emocjami. W Annecy, gdy szłam zza kulisów na scenę myślałam, że zemdleję (śmiech). W Polsce również tremy nie brakuje, zwłaszcza, że tu dochodzi jeszcze kwestia dubbingu i tego, w jaki sposób przyjmie go publiczność. Sama jestem akurat tego elementu bardzo ciekawa, bo nie miałam jeszcze okazji zobaczyć dubbingowej wersji na wielkim ekranie. W Holandii premiera będzie w Muzeum Van Gogha. To już będzie totalny stres (śmiech) i ogromna odpowiedzialność. A jednocześnie to bardzo fajne miejsce na pokaz "Vincenta", bo reakcja publiczności być może nie będzie całkowicie związana z jakością filmu, ale równie istotna będzie twórczość samego Van Gogha i rozpoznawanie w każdym kadrze choć fragmentów jego dzieł. Holenderskiej widowni myślę, że bardziej będzie zależeć na malarskiej treści niż na filmowej formie, a dla nas będzie to z pewnością ciekawe doświadczenie. Niedługo również wyjeżdżamy na promocję do Stanów Zjednoczonych. Specjalną premierę przygotowano też w Paryżu w Muzeum d'Orsay.

Żmudna, skomplikowana, niezwykle czasochłonna praca nad filmem, ale chyba okraszona ogromną satysfakcją?

Dziewięć lat temu siedziałam w malutkim pokoiku na poddaszu w Łodzi, jadłam jabłko, piłam wino i tak sobie wymyśliłam moją krótkometrażową opowieść o Van Goghu (śmiech). Za chwilę jadę do Los Angeles, a mój film zobaczą widzowie Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. To wszystko, w perspektywie tych skromnych, łódzkich planów, zakrawa na jakiś absurd i istne szaleństwo. Satysfakcja jest jednak ogromna, podobnie jak radość. Najważniejsze jednak jest to, aby "Vincenta" pokochali widzowie. Aby pod wpływem filmu zapoznali się z jego obrazami, a może nawet pojechali do Amsterdamu do Muzeum Van Gogha i odkryli, jak genialnym był on artystą.

Oceny naszych dziennikarzy

Jakub Jakubowski Mateusz Groen Tomasz Zacharczuk Marta Apanowicz Magda Mielke Michał Kaczorowski Magda Kaczorowska Anna Starostka Julia Rzepecka Średnia
Bo we mnie jest seks

Bo we mnie jest seks

Tomasz Zacharczuk - ocena: 6

Zbyt powierzchowny, ogólnikowy i za mało intymny jak na kino biograficzne. Twórcy za mocno zainspirowali się tylko scenicznym wizerunkiem Kaliny Jędrusik, nie zagłębiając się dostatecznie mocno w jej psychikę i prywatną historię. Film sprawdza się natomiast jako zwiewna, musicalowa opowieść o telewizji i obyczajowości lat 60. Grande Maria Dębska! Ona to jakieś 80 proc. filmu. Pozostałe 20 to kostiumy, scenografia i zdjęcia. Publiczność, która pójdzie w listopadzie do kin nie powinna być zawiedziona, ale scenariuszowo można było to zrobić znacznie lepiej.

Marta Apanowicz - ocena: 7

Lekkie, przyjemne kino podane w formie musicalu. Barwny, z ciekawymi kreacjami aktorskimi (gratka dla fanów Krzysztofa Zalewskiego). Wielki plus za czołówkę.

Magda Mielke - ocena: 6

Choć Dębska wydaje się być idealną Jędrusik to postać ukazana bardzo powierzchownie - przez pryzmat gestów, seksapilu i niewyparzonego języka. Nie udało się zajrzeć pod jej sceniczny, powszechnie znany wizerunek i pokazać człowieka z krwi i kości. Dostajemy za to sen o epoce, zapakowany w piękną scenografię i kostiumy.

Anna Starostka - ocena: 6

Zabrakło solidnego "wgryzienia się" w temat, otrzymaliśmy po prostu przyjemny i lekko strawny film. Z ekranu oprócz seksapilu emanowała kobieca siła, całość przyprawiona świetnymi kostiumami, scenografią i muzyką. Dębska jako Jędrusik sprawdza się doskonale, trudno nie polubić kobiety o ognistym temperamencie i niebezpiecznym uśmiechu. Artystyczne motto Jędrusik brzmiało: "Chcę możliwie prosto przekazywać swoje prawdy widowni. Przeżywać je powinna już ona sama." I dokładnie taki jest ten film, prosty i niewymagający.

- - 6 7 6 - - 6 - 6.3
Ciotka Hitlera

Ciotka Hitlera

Tomasz Zacharczuk - ocena: 3

"Teatr Telewizji" a nie kino z krwi i kości. Kolejna historyczna produkcja, która niestety w swojej formie jest zupełnie bezbarwna, a fabularnie uproszczona do granic możliwości. Film płytszy niż rzeka, na której pracują na co dzień bohaterowie "Ciotki Hitlera". FPFF to raczej nie jest miejsce do eksponowania kina, które nadaje się co najwyżej na ilustrowane lekcje historii w szkołach ponadpodstawowych. Ocena jeden stopień w dół za irytującą pracę kamery i "gang gołębiarzy".

Magda Mielke - ocena: 3

Nie, nie i jeszcze raz nie. Ten film nie powinien trafić na festiwal, nie powinien nawet trafić do kin, co najwyżej być pokazywanym w specjalnym paśmie TVP o zawsze dobrych Polakach. Wszystko tu jest stworzone pod tezę. Tanie metafory, puste symbole i kilkukrotnie powtarzana ta sama „mądrość” (która wcale nie staje się przez to „mądrzejsza”). Na plus zaliczyć można czas trwania filmu i dobry casting zwierząt

- - 3 - 3 - - - - 3.0
Hiacynt

Hiacynt

Jakub Jakubowski - ocena: 6

Z początku zapowiada się na dobre kino historyczne, by po jakimś czasie zaintrygować wątkiem kryminalnym, który jednak zmienia się w gejowskiego Harlequina. W efekcie na każdej płaszczyźnie odczuwam tutaj niedosyt, bo ważny i mało znany temat, jakim jest akcja "Hiacynt" nie wybrzmiał zbyt dobrze, wątek kryminalny był przewidywalny jak płodozmian, a tożsamościowe rozterki głównego bohatera, młodego milicjanta idealisty, który przechodzi na tęczową stronę mocy, zostały spłycone i pokazane w sposób mało wiarygodny. Na plus świetne zdjęcia.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 6

Tajemnicze zabójstwa mężczyzn, intymna historia młodego milicjanta i zmasowana akcja peerelowskiego aparatu wymierzona w homoseksualną społeczność. Żaden z trzech wątków nie został niestety odpowiednio rozwinięty, co jest największą wadą bardzo oszczędnego scenariusza. Dobre dialogi można policzyć na palcach jednej dłoni. Film nadrabia natomiast niesamowitym klimatem brudnej i nocnej Warszawy. Świetne zdjęcia i znakomita rola Tomasza Ziętka. Czuć jednak zawód, bo szumne zapowiedzi o mrocznym kryminale opowiadającym o seryjnym mordercy gejów można włożyć między bajki. Mogło i ze względu na temat powinno być lepiej.

Marta Apanowicz - ocena: 7

Po prostu dobry kryminał trzymający w napięciu przez cały film. Szkoda, że reżyser nie zaufał widzowi i nie zostawił kilku niedopowiedzeń. Bardzo dobra rola Tomasza Ziętka.

Magda Mielke - ocena: 6

Lista wad tego filmu jest długa: niedopracowany scenariusz, traktowana po macoszemu intryga kryminalna i dialogi, których... nie słychać. Po obsypanym nagrodami scenariuszu Ciastonia i reżyserskiej wrażliwości Domalewskiego można było się spodziewać, że dostaniemy kawał dobrego kina gatunkowego i porządny gejowski romans w polskich realiach. Tymczasem Ziętek i Miłkowski muszą wyciskać siódme poty, aby omijać rzucane im pod nogi dialogowe kłody. Tak ważny temat zasługiwał na lepsze potraktowanie.

Anna Starostka - ocena: 6

Początek filmu był jak bieg na krótki dystans, zabrakło przestrzeni na zaangażowanie i poznanie bohaterów. Sama historia arcyciekawa, trudna i niemal nieobecna w kulturze popularnej, więc ogromny plus za podjęcie tematu. Szkoda, że scenariusz jest taki oszczędny w dobre dialogi, chociaż nie można pominąć kwestii, która rezonuje w głowie jeszcze długo po seansie "Polacy nie lubią, kiedy inni Polacy są szczęśliwi". Dodatkowo świetne zdjęcia i kilka udanych komediowych wstawek. Największą zaletą filmu jest Tomasz Ziętek, który nagrodę za pierwszoplanową rolę męską ma na wyciągnięcie ręki. Po filmie pozostaje uczucie niedosytu, zabrakło starannego rozwinięcia poruszonych wątków. Trudno również wyzbyć się dojmującego smutku, odnosząc film do aktualnych czasów. Oklaski po seansie długo nie słabły.

6 - 6 7 6 - - 6 - 6.2
Inni ludzie

Inni ludzie

Jakub Jakubowski - ocena: 5

Narracyjne tempo nadawane jest tutaj przez rapowy bit a bohaterzy komunikują się ze sobą rymowanymi wersetami. Dość oryginalna forma wzięta wprost z książki Doroty Masłowskiej pod tym samym tytułem na początku intryguje, następnie przesłania clue filmu, a na końcu zwyczajnie męczy. W filmie pokazano zderzenie dwóch światów. Mamy tu cwaniaczka z blokowiska, co każdej pracy się brzydził i atrakcyjną damulkę z luksusowego apartamentowca. Trudno stwierdzić, który świat jest bardziej popieprzony i skażony patologią, oba światy jednak się przenikają. Trudno też stwierdzić o czym tak naprawdę był ten film. Twórcy mówią, że o desperackim poszukiwaniu miłości. Powiedzmy, że im wierzę.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 4

Doceniam luźną formę i dialogowe nawijki, ale fabularnie tu pusto i prosto - jak od linijki. Śmiechłem kilka razy może, ale ogólnym wrażeniom to i tak nie pomoże. Żarty zdecydowanie niskiego pułapu, taka to domena filmowego patorapu. Cierpienia młodego patola to nie moje klimaty, dlatego po seansie potrzebuję mocnej herbaty. Bang![rapował Sebastian Fabijański]

Marta Apanowicz - ocena: 6

To, skąd pochodzisz, gdzie mieszkasz - jak wiele masz sił, by żyć zgodnie ze sobą, a także, to, czy umiesz wyznaczyć swoją życiową drogę, a potem nią podążać? Filmowa adaptacja książki Masłowskiej stawia widzowi trudne pytania. Świetnie zagrany aktorsko drażni zbyt dużą dawką hip-hopowych bitów. Film nie dla wrażliwców, przed czym przestrzega sam producent.

Magda Mielke - ocena: 4

Poemat Masłowskiej spotkał się z odpowiednim filmowym językiem. Wartka akcja, szybkie tempo, odpowiedni rytm. Jednak to historia bez puenty. Pod tym całym brawurowym strumieniem świadomości jest niestety bardzo pusto. A rapujący Sebastian Fabijański vel. jezus męczy jak nigdy dotąd.

Anna Starostka - ocena: 5

Udany zabieg przeniesienia na ekran specyficznej stylistyki Doroty Masłowskiej, dlatego kłaniam się nisko Aleksandrze Terpińskiej. Spodziewałam się dziwności i dokładnie to dostałam, obsada filmu akuratnie skompletowana, więc nie było rozczarowania. Niestety nie było też sensu i mdłe zakończenie popsuło mi całościowy odbiór. No i serio, więcej rapu już ekran mógłby nie pomieścić.

5 - 4 6 4 - - 5 - 4.8
Lokatorka

Lokatorka

Jakub Jakubowski - ocena: 6

10 lat temu zabito Jolantę Brzeską, aktywistkę walczącą z mafią reprywatyzacyjną. Film "Lokatorka" na kanwie tej historii jest poruszający, mimo że twórcy bardziej niż na tragedii ludzi wyrzucanych ze swoich mieszkań, skupili się na pokazaniu mechanizmu działania tzw. czyścicieli kamienic. Obojętność mediów, skorumpowani policjanci, prawnicy, władze samorządowe i państwowe, a w tle służby specjalne. Jednostka z góry skazana jest na porażkę. Mimo, że finał filmu można łatwo przewidzieć, to ogląda się go dobrze i niestety ze smutkiem. Jeszcze większy smutek ogarnia człowieka, gdy sobie pomyśli, że takie rzeczy dzieją się w cywilizowanym kraju w XXI wieku. I to w "majestacie prawa".

Tomasz Zacharczuk - ocena: 6

Czasami, mając dobry scenariusz, szczególnie oparty na faktach, niewiele trzeba, by uzyskać na ekranie pożądany efekt. Tak jest właśnie w tym przypadku. Poruszającą historię pokazano w rzetelny i wiarygodny sposób, choć sam film bazuje raczej na sprawdzonych schematach i fabularnych ogólnikach. Warto zobaczyć, ale bardziej jest to fabularyzowane kino dokumentalne niż pełnoprawne dzieło kinematografii. Prawdziwa historia znacznie ciekawsza niż filmowa fabuła.

Magda Mielke - ocena: 5

Kolejny zmarnowany potencjał i przypadek, w którym prawdziwa historia jest bardziej emocjonująca niż ta ekranowa. Choć początkowe sceny sugerują, że główną bohaterką będzie Janina (postać inspirowana Jolantą Brzeską, aktywistką walczącą z mafią reprywatyzacyjną), w połowie filmu akcenty się przenoszą i uwaga zaczyna skupiać się na młodej policjantce, a społecznie zaangażowany dramat zmierza w kierunku filmu kryminalnego - schematycznego, pozbawionego napięcia, z od początku jasnym zakończeniem. Podobnie jest z wątkiem adwokata (M. Czarnik), który znika na jakiś czas z ekranu, a jego miejsce zajmuje tajemniczy pułkownik (J. Frycz). Reżyser zamiast skupić się na konkretnej historii, podjął się karkołomnego zadania wyjaśnienia w ciągu niecałych 2 godz. bardzo złożonego problemu. W rezultacie otrzymujemy film zaledwie przyzwoity, którego największym atutem jest to, że w ogóle powstał.

Anna Starostka - ocena: 5

W obsadzie zabrakło chyba samego Ojca Mateusza chociaż żart o jego zgrabnym łapaniu przestępców w Sandomierzu był. Bardzo dużo znanych aktorskich twarzy, będących bardziej ozdobnikiem niż pełniących jakąś kluczową rolę. Miało to wszystko ręce i nogi, całkiem udane zwroty akcji, Jana Frycza i dobrą fabułę na podstawie ważnej historii. Mimo to za dokładkę podziękuję.

6 - 6 - 5 - - 5 - 5.5
Moje wspaniałe życie

Moje wspaniałe życie

Tomasz Zacharczuk - ocena: 4

Po błyskotliwym "Kamperze" i równie udanej "Córce trenera" Łukasz Grzegorzek nakręcił swój najsłabszy film. Miałka historia, nachalny ekshibicjonizm codzienności, nieangażująca fabuła i dość drętwe aktorskie kreacje to tylko niektóre przypadłości filmu, które dokuczają bardziej niż wysypka bohaterce granej przez Agatę Buzek. Rozczarowanie na wielu płaszczyznach.

Marta Apanowicz - ocena: 5

Snująca się historia codziennego życia: o obowiązkach córki, matki, żony, kochanki; o ucieczce do swojego małego miejsca na ziemi, gdzie można oderwać się od codzienności. O życiu w kłamstwie i konieczności przyznania się do niego. Zabrakło dynamiki, aczkolwiek od duetu Buzek-Braciak nie da się oderwać oczu.

Magda Mielke - ocena: 6

Przyjemne kino, ciepła, intymna historia i fajne ASMRy, ale zabrakło świeżości "Córki trenera" i "Kampera".

Magda Kaczorowska - ocena: 7

Grzeczna i poprawna "Pani od angielskiego", matka, żona, babcia, córka, która, jak to tylko kobieta potrafi, działając na szesnastu frontach ogarnia wszystko i wszystkich w rodzinie. A tu nagle… garsoniera i trawka w barku. I próba znalezienia siebie. Uroczy bardzo film! I śmiesznie i strasznie i życiowo bardzo. Doskonała rola Agaty Buzek. Plus świetni Braciak i Woronowicz w obsadzie. Idealny film na babski wieczór!

Anna Starostka - ocena: 6

Od początku wiadomo, że ładunek, który nosi w sobie główna bohaterka w końcu wybuchnie, przez cały seans zastanawiałam się tylko "kiedy?". Kolejny film opowiadający historię kobiety, która walczy o siebie i w końcu tę walkę wygrywa, chociaż poniesione koszty są ogromne. "Moje wspaniałe życie" nie zdetronizowało "Kampera", ale może się rozgościć na drugim miejscu zaraz obok "Córki trenera". Doskonała jak zawsze Agata Buzek, dużo dobrej energii i bardzo przyjemna muzyka (nie może być inaczej, kiedy za sterami staje Piotr Waglewski).

- - 4 5 6 - 7 6 - 5.6
Mosquito State

Mosquito State

Tomasz Zacharczuk - ocena: 5

Cronenberg w świecie bankowych algorytmów. Początkowo intryguje pomysłem i fascynuje surową formą, ale dość szybko popada w banał i niezamierzoną śmieszność. Ciekawy duet Adam Sandler - Jose Mourinho :) Z jednej strony fajnie, że takie tytuły pojawiają się w Gdyni. Z drugiej ten akurat festiwal chyba nie jest do końca gościnny dla tak awangardowego kina. Ciekawa propozycja, ale tylko do pewnego momentu.

Magda Mielke - ocena: 6

Kolejny odcinek serialu "Czarne lustro". Smaczny wizualnie i intrygujący intelektualnie, ale równie mocno przy tym irytujący.

Anna Starostka - ocena: 5

Zaczynało się obiecująco, smaczki wizualne zachęcały do dalszego seansu. Niestety nastało później. Film z pewnością oryginalny, jednak zbyt filozoficzny charakter projekcji męczył. Być może miałabym lepszy odbiór gdybym oglądała "Mosquito State" w innej sekcji festiwalowej.

- - 5 - 6 - - 5 - 5.3
Najmro. Kocha, kradnie, szanuje

Najmro. Kocha, kradnie, szanuje

Jakub Jakubowski - ocena: 8

Ależ to się przyjemnie ogląda. Szary PRL w niezwykle kolorowym, wręcz komiksowym wydaniu. Nie jest to biografia Najmrodzkiego, raczej historia luźno inspirowana jego życiem. Historia sprawnie opowiedziana, z polotem, z ciekawymi dialogami i pięknymi zdjęciami, doprawiona polskimi hitami lat 80. No i aktorstwo takie, że palce lizać. Dawid Ogrodnik, jak zwykle najwyższa klasa, ale drugi plan kradnie show, szczególnie doskonała Dorota Kolak i Jakub Gierszał w końcówce. "Najmro" to kino komercyjne jakiego próżno szukać w polskim kinie. Dobra rozrywka gwarantowana.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 8

Filmowy dancing w rytmie największych peerelowskich przebojów w iście hollywoodzkiej oprawie. Efekciarski, ale nawet w najbardziej kiczowatych momentach całkowicie zjadliwy. Doskonała rozrywka na wielu poziomach, od wizualnych fajerwerków po świetną ścieżkę muzyczną. Murowany kandydat na kinowy hit, choć nie spodziewałbym się wielu festiwalowych wyróżnień.

Marta Apanowicz - ocena: 8

Ten film zebrał już wiele w pełni zasłużonych pochwał, stąd dodam tylko, że oprócz ciekawej historii podanej w komediowym stylu z bardzo dobrymi aktorskimi kreacjami - wielkie brawa należą się temu filmowi za genialny montaż i przejścia. I za muzykę, niejednemu widzowi noga będzie wystukiwać rytm do znanych melodii. Polecam

Magda Mielke - ocena: 7

Wyborny produkt rozrywkowy. Lekki i efekciarski, szybki i brawurowy, pstrokaty i żonglujący gatunkami, konwencjami oraz popkulturowymi odniesieniami. "Niepolski" w najlepszym tego słowa znaczeniu. I kolejna rola Ogrodnika w panteonie słynnych biografii, za które publiczność go kocha.

Magda Kaczorowska - ocena: 9

Niesamowita historia, oparta na faktach, choć aż trudno w to uwierzyć. Momentami ogląda się ten film jak teledysk, z efektami specjalnymi! Smutne czasy PRL podkolorowane mocno, ale z zachowaniem tamtej estetyki. Do tego przebojowa muzyka. Dużo humoru i brawurowo zagrane główne role! Wszystko się tu zgadza. Będzie się podobać!

Anna Starostka - ocena: 8

Z tym Panem to można przetańczyć całą noc! Podczas seansu będziecie bawić się znakomicie i spokojnie-sympatyzowanie z królem złodziei w pełni zrozumiałe. Dawid Ogrodnik to klasa, szyk i urok, a towarzyszący mu aktorzy idealnie uzupełniają ten obraz. Miło było w kolejnym festiwalowym filmie muzycznie spotkać się z Korą i popłynąć z nią w codzienność tytułowego łobuza. Całość bardzo spójna, nawet efekciarstwo nie drażni, wręcz dodaje wartości tej wyjątkowej narracji. Uwaga, Najmro skradnie Wam serca!

8 - 8 8 7 - 9 8 - 8.0
Powrót do Legolandu

Powrót do Legolandu

Jakub Jakubowski - ocena: 8

"Biorę leki, które chronią mnie, żeby was wszystkich nie pozabijać"- to słowa Tysona przed walką z Gołotą, podczas której Polak uciekł z ringu. Reżyser "Powrotu do Legolandu" nie podał widzom żadnych leków, nie dał nawet recepty na przeżywanie opowiadanej historii. W pierwszej odsłonie uraczył nas nostalgiczną podróżą do początku lat 90 i pozytywnych aspektów transformacji ustrojowej. Sala raz po raz wybuchała śmiechem a pokolenie dzisiejszych 40-latków na ekranie odnajdywało siebie. Gdy ogarniał mnie i pewnie całą resztę widzów błogi nastrój, nagle i niespodziewanie reżyser serwuje nam gonga, jak Tyson Gołocie w pierwszej rundzie owej walki. Potem sprawy dzieją się już bardzo szybko. Z każdą kolejną sceną film wgniata w fotel i na koniec nawet człowiek żałuje, że nie wziął przykładu z Gołoty i nie uciekł. Nie dlatego, że film jest słaby, wręcz przeciwnie. To znakomite kino, które zostaje w człowieku na lata, zakorzeni się w umyśle i w świadomości. I będzie bolało. Ale zobaczyć trzeba.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 9

Emocjonalna petarda i bardzo odważna jak na polskie kino próba zilustrowania alkoholizmu z perspektywy dziecka. Niezwykle osobiste i intymne kino zainspirowane prawdziwą historią, opowiedziane z wrażliwością i wyczuciem. Fantastyczna rola Macieja Stuhra, ale na oklaski zasługuje tu cała obsada. Do tego świetnie oddany klimat lat 90., który szczególnie na początku kamufluje trochę tragizm całej opowieści. Doskonałe kino i bardzo pozytywne zaskoczenie.

Marta Apanowicz - ocena: 9

Bardzo dobry film mówiący wprost o problemie alkoholu w rodzinie. Tu nie ma pójścia na skróty, jest domowe piekło, brak wsparcia i typowe "nie mówmy o tym nikomu". Uderzający obraz widziany oczyma dziecka. Perfekcyjnie zagrany. Trudny, ale warto z tym dziełem się zmierzyć.

Magda Mielke - ocena: 9

Ciary! To jeden z tych filmów, których się nie ogląda, tylko przeżywa. Przepiękny powrót do początku lat 90., gdzie wnętrza, przedmioty i muzyka (w porównaniu do np. "Zupy nic") nie są tylko pustymi dekoracjami, ale wstępem do oddania czegoś znacznie ważniejszego - emocji i wydarzeń, które w tych i za tymi dekoracjami się kryły. Choć można stwierdzić, że czasy się zmieniły i problem alkoholowy nie jest już takim tematem tabu, a wsparcia można szukać na zewnątrz, strach, upokorzenie i wstyd zawsze pozostają identyczne. Niezwykle czuła i osobista historia, szczera i dojrzała, trafiająca do najgłębszych rejestrów wrażliwości. Ze świetnymi postaciami - genialnym Stuhrem, nieoczywistą Książkiewicz i pięknie debiutującym Koziarem. Pełna pięknych motywów i niuansów. Mistrzowsko dawkująca napięcie i dociskająca nawet w tych momentach, gdy wydaje się, że już nic gorszego nie może się wydarzyć. To właśnie na takie festiwalowe olśnienia co roku się czeka.

Magda Kaczorowska - ocena: 8

Bardzo mocny film. Porażająca historia rodziny dotkniętej alkoholizmem, ale opowiedziana jakby z perspektywy dziecka, nastolatka. Przyglądając się tej historii, łatwiej zrozumieć, jak wygląda współuzależnienie. I Maciej Stuhr i Teodor Koziar - chłopie grający główną rolę – świetni. Bardzo dobrze oddany klimat początku lat 90tych.

Anna Starostka - ocena: 9

Wiedziałam, że idę na film o wspaniałych latach 90., wiedziałam, że będzie nieco ciężko ze względu na poruszany problem, ale zupełnie nie byłam gotowa na takie emocje. Osobista historia reżysera stała się historią wszystkich, a narzucony ton wywołał oczywiste reakcje. Film przez kilka lat dojrzewał do tego by rozgościć się w sali kinowej i na szczęście wszystkich widzów festiwalu właśnie nadszedł ten moment. Całej obsadzie należą się ogromne brawa i słowa uznania, bo naprawdę film wgniata w fotel. W KOŃCU!

8 - 9 9 9 - 8 9 - 8.7
Prime Time

Prime Time

Jakub Jakubowski - ocena: 4

"Prime Time" obejrzałem po przeczytaniu w jednej z recenzji, że film ten aż "kipi od emocji". No i stary miś dał się nabrać na sztuczny miód. Nie wiem, w jakim stanie emocjonalnym na co dzień jest autor owej recenzji, ale jeśli po obejrzeniu filmu aż tak mu "zakipiało", to z pewnością jest to sygnał niepokojący. Nic tu się nie klei, począwszy od scenariusza po drętwe aktorstwo. Zamiast thrillera psychologicznego dostaliśmy kalambury.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 5

O ile dramaturgia do pewnego momentu utrzymuje "Prime Time" przy życiu, o tyle natłok niedomówień stopniowo odcina dopływ tlenu. Reżyserski debiut Jakuba Piątka, choć świetnie obsadzony i zainscenizowany, więdnie i usycha z każdą kolejną sceną. Zawodzi jako thriller, a trafny społeczny komentarz ma za małą siłę rażenia. Dodatkowy plusik za ciekawy zestaw archiwalnych materiałów.

Magda Mielke - ocena: 4

Niepotrzebne dłużyzny, scenariusz zmierza donikąd, absurd goni absurd, a scenarzyści zgubili mnie w jakimś ślepym zaułku. Szkoda - potencjał był. Bielenia i Popławska jak zawsze zasługują na uwagę, ale nagroda specjalna za występ aktorski trafia do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Anna Starostka - ocena: 4

Duże oczekiwania spotkały się z dużym rozczarowaniem. Niestety jest nudno, mimo ciekawego pomysłu i ważnego społecznie tematu. Popławska i Bielenia niezawodni, scenografia oddaje klimat, ale potencjał fabularny zmarnowany.

4 - 5 - 4 - - 4 - 4.3
Przejście

Przejście

Jakub Jakubowski - ocena: 2

Sorry, nie dałem rady, wyszedłem z seansu po 40 minutach. I nie byłem jedyny, który ewakuował się z sali kinowej. FPFF nie jest miejscem na tego typu filmowe eksperymenty. Szkolne etiudy są dużo ciekawsze i lepsze, a my mówimy o filmie Konkursu Głównego największego polskiego festiwalu! Historia ma potencjał, ale potencjał ten został zabity przez marny scenariusz. Brak tutaj dialogów, poziom abstrakcji sięga zenitu, a praca kamery jest po prostu nużąca. Choć zaznaczam, że oceniam tylko pierwsze 40 minut filmu.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 1

Fabułę można streścić słowami pewnego internetowego klasyka: "idę albo nie idę". Tym "Przejściem" przejść się zwyczajnie nie da. Obecność tego filmu w Konkursie Głównym jest katastrofalnym nieporozumieniem. Jeśli Polski Instytut Sztuki Filmowej dopłaca do produkcji, to niech dopłaca też widzom za seans.

Marta Apanowicz - ocena: 2

Maria popełnia samobójstwo. Następnie przez prawie cały film nie chce odejść z tego świata, by na koniec jednak się z tym padołem łez pożegnać. Cierpliwy widz doczeka tego pożegnania, ale zostanie z pytaniem: dlaczego ten film powstał? Niestety nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

Magda Mielke - ocena: 3

Opowiadanie Weroniki Murek "W tył, w dół, w lewo" dwa lata temu w krótkometrażowym filmie "Maria nie żyje" zekranizowała Martyna Majewska. Na Festiwalu możemy oglądać pełnometrażową adaptację tej samej historii. To bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności, choć myślę, że "Przejściu" nie pomogłoby nawet, gdyby "Maria nie żyje" nigdy nie powstało. Dostrzec można też głęboką inspirację "Aniołem w Krakowie" z pamiętną rolą Krzysztofa Globisza, tyle, że klimat tamtejszego ludowego katolicyzmu trąci myszką. Mnóstwo banału i pretensjonalności zarówno w słowie, jak i obrazie, a przy tym balansowanie na cienkiej granicy pomiędzy metafizyką a kiczem.

2 - 1 2 3 - - - - 2.0
Sonata

Sonata

Jakub Jakubowski - ocena: 7

Dwa lata temu na festiwalu debiutował film "Ikar. Legenda Mietka Kosza", a teraz historię innego niepełnosprawnego pianisty, Grzegorza Płonki, w którego talent nikt nie chciał uwierzyć, na warsztat wziął Bartosz Blaschke. Przy takiej historii, opartej na faktach, łatwo popaść w martyrologię i przesadę, tymczasem tutaj mamy wszystko podane z wyczuciem. Świetnie oddane emocje przeżywane nie tylko przez niesłyszącego pianistę, ale też przez jego najbliższych. Doskonała rola Michała Sikorskiego, świetną kreację stworzyła też Małgorzata Foremniak. Niedosyt pozostawiła u mnie jedynie muzyka, film o takiej tematyce zasługiwał w tej materii na znacznie więcej.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 8

Krzepiąca, mądrze i z humorem opowiedziana historia chłopaka, który większość swojego życia, z powodu lekarskich niedopatrzeń, spędził w całkowitej ciszy. Doskonały przykład na to, jak w lekkiej formule, a jednocześnie w poruszający sposób, opowiadać o cierpieniu i braku akceptacji. Nawet jeśli to biograficzna sztampa, to ja to kupuję, bo "Sonata" poruszyła mnie na wielu płaszczyznach. Koncertowo głównego bohatera zagrał Michał Sikorski. Bardzo fajnie zobaczyć też w takiej aktorskiej formie Małgorzatę Foremniak. Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie festiwalu. "Sonatę" odegrano bez fałszu.

Marta Apanowicz - ocena: 9

Jeden z najlepszych filmów tegorocznego Festiwalu. Trudna historia pokazana w lekki, przystępny sposób bez niepotrzebnego moralizowania czy też martyrologii. Wielkie brawa dla aktorów, na ekranie błyszczy Małgorzata Foremniak Michał Sikorski w roli autystycznego Grzegorza doskonały! Pozycja, którą trzeba zobaczyć.

Magda Mielke - ocena: 7

Najpiękniejsze historie pisze samo życie. Z ogromną czułością i bez cienia sentymentalizmu opowiedziane losy Grzegorza Płonki, błędnie zdiagnozowanego chłopaka zafascynowanego muzyką. Piękne zdjęcia i piękne role. Michał Sikorski po prostu stał się Grzegorzem, ani przez chwilę nie zbliżając się do tak łatwej w tym przypadku do przekroczenia granicy przerysowania postaci. Ale najbardziej zaskakuje tu Małgorzata Foremniak, która po wielu latach obsadzania w jednowymiarowych rolach dostała szansę pokazania swojego talentu. To ważny portret kobiety-matki, która podobnie jak otaczający ją krajobraz jest niezłomną skałą, w której rękach tkwi szczęście całej rodziny.

Anna Starostka - ocena: 8

Kolejny film, w którym prawda wchodzi na ekran. Sonata księżycowa zagrana na najwyższych rejestrach wrażliwości. Michał Sikroski w roli Grzegorza Płonki wypadł rewelacyjnie, mam nadzieję, że zostanie doceniony. Zaskoczyła mnie bohaterka zagrana przez Małgorzatę Foremniak, niezwykle ważna kobieca postać w zestawieniu ról tego festiwalu. Miło było zobaczyć Jerzego Stuhra na wielkiem ekranie, a jeszcze milej dowiedzieć się o osobistej motywacji aktora do przyjęcia tej roli. Tegoroczny festiwal jest niezwykle refleksyjny, a "Sonata" niech będzie tego następnym dowodem.

7 - 8 9 7 - - 8 - 7.8
Śmierć Zygielbojma

Śmierć Zygielbojma

Jakub Jakubowski - ocena: 7

Jeśli podobał się wam "Obywatel Jones", koniecznie zobaczcie "Śmierć Zygielbojma". Także i tutaj mamy heroiczną walkę jednostki o to by otworzyć oczy świata na eksterminację milionów, w tym przypadku Żydów. Bardzo dobrze poprowadzona historia, film trzyma w napięciu przez cały czas. Sceny z getta, choć minimalistyczne, wbijają w fotel. Wojciech Mecwaldowski w roli głównej mógł w końcu pokazać swój nieprzeciętny talent aktorski.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 7

Ponownie, jak w przypadku "Ciotki Hitlera", irytować może nieco "telewizyjny" format filmu, ale tym razem mamy do czynienia ze znacznie lepszym scenariuszem i przede wszystkim świetną rolą Wojciecha Mecwaldowskiego. Ukłony także w stronę filmowców za sprawne wykorzystanie historii, o której próżno czytać w podręcznikach historii. Solidne filmowe rzemiosło, które bardziej powinno być skierowane do zagranicznej a nie polskiej widowni. Niemniej, warto zobaczyć uboższą wersję "Obywatela Jonesa".

Magda Mielke - ocena: 5

"Śmierć Zygielbojma" jest filmem zrobionym od linijki, bardzo poprawnym realizacyjnie, lecz przez większość czasu niezbyt angażującym. Nie dziwią liczne porównania do "Obywatela Jonesa". "Śmierć Z." dzieli z produkcją Holland większość jej wad. Ponad przeciętność wybija się tu rola Wojciecha Mecwaldowskiego. Szkoda, że nie otrzymał on więcej ekranowego czasu.

Magda Kaczorowska - ocena: 7

Smutny i poruszający film. Historia bezradności jednostki wobec polityki i politycznej poprawności. Przypomina faktycznie „Obywatela Johnsa” Agnieszki Holland. Polski żyd, działacz i polityk, który w czasie wojny trafia do Londynu, próbuje otworzyć oczy świata na tragedie holocaustu. W tle Londyn i Warszawa czasów wojny, jakże inne… Dobra akcja, wątek miłosny i osobiste tragedie bohaterów.

Anna Starostka - ocena: 7

Dzieło Ryszarda Brylskiego to w zasadzie nagromadzenie zalet - po pierwsze bardzo dobry Wojciech Mecwaldowski w roli głównej, po drugie dobre tempo i po trzecie ciekawa historia ujęta w sensownym i spójnym scenariuszu. Kawał dobrego, biograficznego kina.

7 - 7 - 5 - 7 7 - 6.6
Wszystkie nasze strachy

Wszystkie nasze strachy

Tomasz Zacharczuk - ocena: 7

Polskie kontrasty zgrabnie zaplecione w interesującą opowieść, której momentami brakuje nieco większego emocjonalnego docisku. Intrygujący portret katolika-geja, który angażując się w życie wiejskiej społeczności, czasami dramatycznie wręcz zabiega o tolerancję i akceptację. Odrobinę za dużo przestrzelonych i zbyt oczywistych metafor, ale dobry scenariusz trzyma całą historię w ryzach. Film dla każdego, komu strach przed nieznanym zawęża pole widzenia i wywołuje frustrację. Jak trafnie ujął to Tadeusz Sobolewski - "kino chrześcijańskiego niepokoju". Trochę mniej patosu, a byłoby osiem gwiazdek.

Magda Mielke - ocena: 7

To najlepszy jak dotąd film Rondudy, w którym idealnie łączy się jego praktyka kuratorska z reżyserską. Niezwykle potrzebny i aktualny film. Niewywołujący łatwych wzruszeń, lecz poruszający głębokie rejestry czucia i zostający w głowie na długo. Ludzki i empatyczny. Prosty w formie, a jednak wielce symboliczny. Choć momentami wpada w patos to jest to patos bardzo potrzebny.

Anna Starostka - ocena: 7

Po filmie "Serce miłości" czekałam na kolejne dzieło Rondudy i przyznaje, że naprawdę opłacało się czekać nie tylko na film, ale również na kolejną doborową rolę Dawida Ogrodnika. Historia Daniela Rycharskiego i przekaz jaki z niej wynika, to temat najważniejszy w konkursowym zestawieniu. Człowiek, który nie może żyć według własnego wyboru, mieszkaniec działający na rzecz lokalnej społeczności i wreszcie katolik,dla którego nie ma miejsca przy miłosiernym stole. Rola Jacka Poniedziałka jako kuratora sztuki i jednego z niewielu sojuszników Daniela, to trafna metafora do stwierdzenia, że każdy swój ból i bunt można sztuką wyrazić. Ten film głośno i wyraźnie podkreśla, że skończył się już czas na aluzje. Jest bardzo sakralnie, podniośle i emocjonalnie- na to trzeba się nastawić.

- - 7 - 7 - - 7 - 7.0
Zupa nic

Zupa nic

Tomasz Zacharczuk - ocena: 6

Zupka całkiem smaczna, łagodna, przyjemnie rozgrzewająca, ale zupełnie pozbawiona wyrazistych akcentów. Nie da się nią choćby połowicznie najeść. Porcja w sam raz dla tych, którym smakują filmowe sentymenty i lekkie historie o sile rodziny. Wśród festiwalowych propozycji raczej ciekawostka i chwila wytchnienia, dla szerokiej widowni (szczególnie 40+) niezła opcja na komediowy seans.

Magda Mielke - ocena: 6

Ten film jest jak gra w PRL-owskie bingo, z każdą kolejną sceną znajdujemy kolejny artefakt tamtych czasów. Jest miło i nawet zabawnie, ale to tylko kolaż wspomnień, złożonych w całość trochę na siłę. „Zupa” zawsze będzie zupą - jedynie przedsmakiem głównego dania.

Magda Kaczorowska - ocena: 6

Bardzo przyjemny film, zwłaszcza dla tych, którzy mają na liczniku przynajmniej czterdziestkę i pamiętają z dzieciństwa tamte czasy! Świetnie pokazuje PRL i ówczesną rzeczywistość. Scenografia, stroje, okoliczności, sytuacje - wszystko świetnie odzwierciedla tamte realia. I ten skok przez kozła na WF ;-) trauma z dzieciństwa! Akcja niestety żadna, dynamika zero.

Anna Starostka - ocena: 7

Słodko-gorzki film osadzony w dobrze znanej konwencji i otulony pastelowymi barwami. Mimo obecnej prozy codzienności można z ekranu wyciągnąć więcej radości niż smutku. Dębska zebrała wszystkie złości i zmieniła je w humor, dobro i ciepło. Nie brakuje smutnych realiów PRL-u, ale wszystko to znika bo w końcu "zupy nic najsłodsza słodycz" smakuje najlepiej. Na duży plus obecność Ewy Wiśniewskiej, nie rozumiem natomiast epizodu z Bosakiem, trochę doklejone na siłę.

- - 6 - 6 - 6 7 - 6.3
Żeby nie było śladów

Żeby nie było śladów

Jakub Jakubowski - ocena: 8

Totalitaryzm w najczystszej, a w zasadzie w swojej najbrudniejszej postaci. Nokautujący obraz łamania ludziom kręgosłupów i życiorysów. Oglądając, czułem na własnej skórze strach, bezsilność i rozpacz, czyli wszystko to co musieli odczuwać ci, których historia morderstwa Grzegorza Przemyka dotknęła osobiście. I mimo, że pamiętam tamte czasy, dobrze znam historię i wiem, jak było, to realizm bijący z ekranu mną wstrząsnął. I wywołał złość, że do dzisiaj sprawcy nie tylko tej zbrodni, ale w ogóle komunistyczni dygnitarze odpowiedzialni za funkcjonowanie tego systemu represji, nie zostali rozliczeni. Jeśli chodzi o sam film, to trochę za długi, spokojnie mógł się zmieścić w dwóch godzinach. Doskonały portret czasów słusznie minionych, doskonałe aktorstwo i zdjęcia. Nieprzypadkowo film ten pokazywany był w konkursie głównym festiwalu w Wenecji, nieprzypadkowo jest on polskim kandydatem do Oscara, nie będzie też przypadku, jeśli zgarnie ważne nagrody w Gdyni.

Tomasz Zacharczuk - ocena: 8

Wstrząsająca i wyzwalająca wiele wewnętrznego sprzeciwu opowieść o mechanizmach funkcjonowania bezdusznego aparatu władzy. Matuszyński znakomicie rozłożył na czynniki pierwsze sprawę Grzegorza Przemyka, ale kluczową robotę wykonał lata temu autor równie wstrząsającego reportażu, Cezary Łazarewicz. Film doskonale oddaje atmosferę zastraszeń, manipulacji, ciągłej inwigilacji i gróźb, jakie towarzyszyły obrońcom prawdy o morderstwie warszawskiego maturzysty. Na dodatek mamy wielkie kino pod kątem technicznym z bardzo precyzyjną scenografią, świetną muzyką, niebanalnymi zdjęciami i całą serią aktorskich parad - od Sandry Korzeniak, przez Jacka Braciaka, po Aleksandrę Konieczną, nie zapominając o Tomaszu Ziętku. Na lekki minus odrobinę za długi metraż i trochę miejscami "zjadające się" wzajemnie wątki. Film, który warto i trzeba zobaczyć.

Marta Apanowicz - ocena: 9

Nie da się ukryć, że przed obejrzeniem tego filmu, obawiałam się, że film trwa aż 160 minut, ale tu nie ma ani jednego niepotrzebnego ujęcia. Spójny obraz manipulacji ludźmi, o tym, że w kontrze do władzy - jednostka stoi na przegranej pozycji, a niewygodną prawdę można tak przeinaczyć, by stała się kłamstwem. Tak powinno się pokazywać historię. Brawa dla aktorów, wszyscy zagrali wyśmienicie!

Magda Mielke - ocena: 8

Kawał świetnej filmowej roboty. Drobiazgowy, wielowątkowy i realistyczny. Wszystko tu się zgadza: ziarniste, dokumentalne wręcz zdjęcia, oszczędna, pozbawiona melodii muzyka, dobrze miarkowane napięcie i mnóstwo fantastycznych ról aktorskich. Matuszyński z czułością pokazuje swoich bohaterów, nawet drugo- czy trzecioplanowe postaci są tu z krwi i kości. Kolejna (obok "Hiacynta") ważna rola Tomka Ziętka, w której ma on okazję rozwinąć skrzydła, ale to Sandra Korzeniak (wzbudzająca skojarzenia zarówno z Charlotte Gainsbour, jak i Patti Smith) jest tu prawdziwym objawieniem. Mimo mnogości wątków, kamera cały czas jest blisko głównych bohaterów, a długi metraż (niemal 3 godz.) pozwala choć trochę współodczuć terror tej sytuacji. W dodatku zdaje się, że film znalazł dla siebie idealny czas - bogactwo nienachalnych analogii do dzisiejszej rzeczywistości jest zatrważające. Choć moje serce skradł "Powrót do Legolandu", myślę, że to ten film rozbije bank nagród.

Magda Kaczorowska - ocena: 9

Wspaniały nakręcony i zagrany film historyczny. Manipulacja, fałszowanie faktów, łamania świadków, wpływanie na prokuraturę i sądy, oczernianie niewinnych na niewiarygodną wręcz skalę, przerażają. Świetna obsada, i głównych i drugoplanowych ról. Doskonale oddane realia i klimat tamtych czasów. Na pewno zostanie doceniony przez jury festiwalu i zdecydowanie wart jest obejrzenia, również przez młodzież.

Anna Starostka - ocena: 8

Jan P. Matuszyński stworzył kolejny potężny film, opowiadający historię, która miała zostać zamieciona pod dywan, a odbiła się echem nawet poza granicami kraju. Taka historia zasługiwała na skrupulatne potraktowanie, chociaż i tak ze scenariusza wypadło wiele stron. Duży ukłon w kierunku autora zdjęć Kacpra Fertacza - niektóre kadry zostaną w głowie na długo. Obsada filmu wykonała świetną robotę, jednak największe wrażenie zrobiła na mnie postać Barbary Sadowskiej zagranej przez Sandrę Korzeniak - nonkonformizm w artystycznym wydaniu. No i powiedzmy sobie głośno, że Tomasz Ziętek już jest wielkim wygranym tego festiwalu, oby słowo ciałem się stało.

8 - 8 9 8 - 9 8 - 8.3

Oceny przyznają pracownicy portalu Trojmiasto.pl, w skali ocen 1-10

Film

Twój Vincent
6.9 74 oceny

Twój Vincent (35 opinii)

produkcja
Polska, Wielka Brytania
gatunek
Animacja, Biograficzny
premiera
6 października 2017
czas trwania
1 godz. 35 min.

Opinie (22)

  • Wszystko pięknie (7)

    Film będzie zgarniał nagrody na całym świecie, krytycy będą fetowali powiew oryginalności w zdominowanym przez grafikę komputerową świecie, a nikt się nie zająknie o sztabie malarzy, którzy sześć dni w tygodniu przez minimum 9 godzin dziennie ślęczeli nad kadrami za nędzne pensje (wiadomo, Brytyjczykom taniej wynająć rzemieślników w Polsce), stale trzymani w niepewności czy są wystarczająco dobrzy i wydajni w tej taśmowej robocie i czy przedłużą z nimi (nędzne) umowy na następne miesiące. Oglądając skończony film poświęćmy im myśl czy dwie

    • 22 26

    • (2)

      To dlaczego wybitni malarze połakomili się na tak "nędzne" umowy ? Może powinni zmienić zawód ? Wybacz, ale mam niejasne wrażenie, że masz kłopoty z czytaniem. W artykule jest mowa o pracy tych malarzy. Autor czyni to bez jąkania się. Oczekujesz taniego sentymentalizmu? W czasie oglądania filmu mam zacząć roztkliwiać się nad rzeszą bezimiennych statystów, którzy uczestniczą w wielkich produkcjach i dostają za to marne pieniądze ?

      • 22 3

      • (1)

        Statyści nie tworzą filmu, w Polsce wielkie produkcje z ogromną ilością statystów zdarzają się rzadko. "Loving Vincent" NIE powstałby w takiej postaci bez malarzy, którzy rzeczywiście są tu traktowani jako anonimowa rzesza pędzli będących przedłużeniem rąk :) Doceńmy ich!

        • 3 3

        • Oczywiście, że doceniamy, ale nie w kontekście jaki proponuje autor lub autorka wpisu. Ten wyzysk i obraz wręcz niewolniczej pracy nie przemawia do mojej wyobraźni. Budzi odruchy, które opisałem powyżej.

          • 6 1

    • można podziwiać umiejętności ale na Boga, proponuję im nieco nauki podstawowych działań matematycznych. Po przeliczeniu czasu praca w biedronce okaże się bardziej dochodowa.
      Szanujcie się bo nikt tego za Was nie zrobi.

      • 4 10

    • Czytając wywiad z reżyserka Twoje obawy wydają mi się nieuzasadnione. Już bardziej martwiła bym się o aktorów których twarze ( nie-twarze) będą postimpresjonistycznie zamalowane

      • 5 0

    • Przestań bredzić!!!

      • 7 0

    • Wydaje mi się ze przy tego typu dziele chyba każdy będzie miał jednak na uwadze prace artystów - plastyków , szczególnie ze liczba obrazów jak również samych malarzy i czasu poświęcanego stronie graficznej jest imponująca

      • 2 0

  • Do tego powyżej. (1)

    Oglądałem dokument o malarzach w Szanghaju malujących taśmowo "van Goghi" itp. Nie tylko polscy malarze robią takie ślęczenie a nasi mieli to okazjonalnie, zaś w takich Chinach odbywa się to latami.

    Ktoś kto wybrał zawód artysty-malarza musi mieć świadomość, że to tak jak z piłkarzami - jeden z tysięcy zrobi jakąś karierę, a 99.9% trenujących dzieciaków musi się przekwalifikować bo piłkarzami zawodowymi nie zostanie.

    • 20 0

    • porównujesz rzemiosło do pracy twórczej a to nieporozumienie.
      Podobnie jak karierę do sukcesu artystycznego.
      Do jednego potrzebne są pieniądze do drugiego akceptacja i uznanie.
      Malarstwo to nie zawód chociaż pozwala zarabiać.

      • 2 6

  • Mogę taki zrobić w 15 minut

    Najdłużej mi zajmie pobranie aplikacji z algorytmem google

    • 2 19

  • Vincent nigdy nie paaaatrz na mnie takim wzrokieeeem.... A film świetny mimo to

    • 4 0

  • "czasami ze zbyt szybko lub za wolno wysychającą farbą" (4)

    Co za jełop wymyślił, aby do komputerowej animacji używać prawdziwej farby zamiast malować na tabletach/monitorach farbą cyfrową? Ile hektolitrów farby wylano i gdzie konkretnie je wylano?

    • 3 23

    • może dlatego, że miało być malarsko a nie cyfrowo?

      • 15 0

    • świat pełen jełopów tylko nieliczni mądrzy i elokwentni, w nich cała nadzieja....

      • 5 1

    • Jesteś tak bezdennie głupi sam z siebie czy udajesz? (1)

      • 2 0

      • Pamietajmy ze jesteśmy w dziale Kultura. Mniej bluzgow więcej meritum i szacunku. Pozdrawiam

        • 4 0

  • Są takie niezwykłe projekty w kinematografii

    Jak np. proces zupełnie odwrotny w wykonaniu Lecha Majewskiego "Młyn i krzyż" wg. Pietera Bruegla. Tam zamiast przenosić film na malunek ożywiono obraz.

    • 11 0

  • Ja już go kocham

    Jak tylko przeczytam kilka lat temu, że ten film powstaje, nie mogę się doczekać premiery. Z góry dziękuję twórcom.

    • 12 0

  • (1)

    Czapki z głów !

    • 9 0

    • Ogromny szacunek i podziw dla reżyserki za kształt tego dzieła jak również podążanie za sobą i swoimi marzeniami. Pozdrawiam

      • 2 0

  • Nareszcie mamy dobra władzę. Za PO nic się nie działo. PiS jeszcze dużo pokaże. Będziemy w końcu liczyć się na świecie .

    • 1 1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Oceny naszych dziennikarzy

Przydatne informacje

Zdjęcia

    Oceniaj z nami filmy Konkursu Głównego